Ostatni weekend w Japonii spędziłam bardzo intensywnie. W sobotę wzięłam udział w jednym z ostatnich tego lata wydarzeń IAESTE - dniu kultury japońskiej.
Całe popołudnie spędziłam z japońskimi oraz europejskimi studentami, próbując nauczyć się kaligrafii (co wcale nie jest łatwe, gdy jest się leworęcznym, a pisać należy pędzelkiem ), własnoręcznie robiąc japońskie wachlarze i sushi. Wieczorem przyszedł czas na rejs po zatoce tokijskiej. Dwie godziny spędzone na statku z widokiem na pięknie oświetlony Rainbow Bridge i ostatnia całonocna impreza w centrum były pierwszym krokiem do pożegnania z Japonią.
| Komu wachlarz, komu? |
Drugim był festiwal na Roppongi, gdzie można było spróbować specjałow z różnych regionów Japonii. To pierwszy raz, kiedy byłam na wzgórzach Roppongi w ciągu dnia, nie tylko w nocy. I było warto, bo znajomi zaprowadzili mnie do obserwatorium, gdzie, po raz ostatni mogłam podziwiać panoramę Tokio. I po raz pierwszy zobaczyłam górę Fuji, symbol tego pięknego kraju. Podobno miałam szczęście, bo zachód słońca z widokiem na Fuji nie zdaża się często.
| Fuji o zachodzie słońca. |
Resztę dni poświęciłam na zakup pamiątek, pożegnania i podsumowanie pobytu.
Spędziłam w Tokio dwa miesiące. Odwiedziłam wiele interesujących miejsc, zapoznałam sie z japońską kuturą, tak całkowicie odmienną od naszej, europejskiej. Poznałam wspaniałych ludzi, za którymi już zaczynam tęsknić, a przecież nawet jeszcze na dobre nie zadomowiłam się z powrotem w Polsce.
Jak bardzo będzie mi ich brakować, uświadomiły mi dwa ostatnie wieczory w Tokio. Pierwszy z nich spędziłam z Polakami, więc wizja rozstania nie była taka straszna, w końcu mieszkamy w jednym kraju, zawsze mozemy się odwiedzić. Nasz japoński kolega także obiecał w przyszłym roku przyjechać do Polski.
Drugi wieczór był międzynarodowy, z europejczykami. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że to naprawdę koniec, a następnego dnia muszę wsiąść w samolot i wrócić do kraju.
Jeszcze tylko ostatnie uściski, pożegnania, obietnice rychłego zobaczenia i zanim się obejrzałam byłam na lotnisku .
A podczas odlotu, jak to w Tokio, oczywiście padał deszcz. I jak tu nie kochać tego kraju?
Edit 1:
W związku z tym, że już zaczynam tęsknić, ogłaszam wrzesień miesiącem japońskich wspomnień.
Jest jeszcze tyle miejsc, które odwiedziłam, a o których nawet nie miałam czasu napisać. Przez kilka kolejnych tygodni pozostaniemy więc w orientalnym klimacie. Bedzie to chociaż namiastka tych niesamowitych dwóch miesięcy, jakie spędziłam w kraju kwitnącej wiśni.