niedziela, 2 września 2012

"Nothing on earth stays forever
But none of your deeds were in vain "

Kiedy minęły dwa miesiące? Nawet nie zdążyłam dobrze przyzwyczaić do japońskich warunków, a tu już ostatni tydzień i wizja szybkiego powrotu do Polski, do rzeczywistości. Przez kilka ostatnich dni towarzyszyło mi uczucie, że wszystko tutaj robię po raz ostatni, w związku z czym muszę maksymalnie wykorzystać pozostały mi czas. I właśnie to starałam się robić.

Ostatni weekend w Japonii spędziłam bardzo intensywnie. W sobotę wzięłam udział w jednym z ostatnich tego lata wydarzeń IAESTE - dniu kultury japońskiej.
Całe popołudnie spędziłam z japońskimi oraz europejskimi studentami, próbując nauczyć się kaligrafii (co wcale nie jest łatwe, gdy jest się leworęcznym, a pisać należy pędzelkiem ), własnoręcznie robiąc japońskie wachlarze i sushi. Wieczorem przyszedł czas na rejs po zatoce tokijskiej. Dwie godziny spędzone na statku z widokiem na pięknie oświetlony Rainbow Bridge i ostatnia całonocna impreza w centrum były pierwszym krokiem do pożegnania z Japonią.

Komu wachlarz, komu?
W niedzielę wybrałam się na ostatnie dla mnie festiwale w Tokio. Pierwszy z nich był taneczny. Tradycyjne japońskie tańce, artyści ubrani w bajecznie kolorowe stroje , tłumy na ulicach.
Drugim był festiwal na Roppongi, gdzie można było spróbować specjałow z różnych regionów Japonii. To pierwszy raz, kiedy byłam na wzgórzach Roppongi w ciągu dnia, nie tylko w nocy. I było warto, bo znajomi zaprowadzili mnie do obserwatorium, gdzie, po raz ostatni mogłam podziwiać panoramę Tokio. I po raz pierwszy zobaczyłam górę Fuji, symbol tego pięknego kraju. Podobno miałam szczęście, bo zachód słońca z widokiem na Fuji nie zdaża się często.

Fuji o zachodzie słońca.
Następnego dnia przyszła pora na ostatnią wizytę na Tsukiji Market i ostatnie prawdziwie japońskie sushi.

Resztę dni poświęciłam na zakup pamiątek, pożegnania i podsumowanie pobytu.

Spędziłam w Tokio dwa miesiące. Odwiedziłam wiele interesujących miejsc, zapoznałam sie z japońską kuturą, tak całkowicie odmienną od naszej, europejskiej. Poznałam wspaniałych ludzi, za którymi już zaczynam tęsknić, a przecież nawet jeszcze na dobre nie zadomowiłam się z powrotem w Polsce.

Jak bardzo będzie mi ich brakować, uświadomiły mi dwa ostatnie wieczory w Tokio. Pierwszy z nich spędziłam z Polakami, więc wizja rozstania nie była taka straszna, w końcu mieszkamy w jednym kraju, zawsze mozemy się odwiedzić. Nasz japoński kolega także obiecał w przyszłym roku przyjechać do Polski.

Drugi wieczór był międzynarodowy, z europejczykami. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że to naprawdę koniec, a następnego dnia muszę wsiąść w samolot i wrócić do kraju.

Jeszcze tylko ostatnie uściski, pożegnania, obietnice rychłego zobaczenia i zanim się obejrzałam byłam na lotnisku .

A podczas odlotu, jak to w Tokio, oczywiście padał deszcz. I jak tu nie kochać tego kraju?


Edit 1:

W związku z tym, że już zaczynam tęsknić, ogłaszam wrzesień miesiącem japońskich wspomnień.

Jest jeszcze tyle miejsc, które odwiedziłam, a o których nawet nie miałam czasu napisać. Przez kilka kolejnych tygodni pozostaniemy więc w orientalnym klimacie. Bedzie to chociaż namiastka tych niesamowitych dwóch miesięcy, jakie spędziłam w kraju kwitnącej wiśni.

środa, 29 sierpnia 2012

"This fight could be the last fight"

Mój pobyt w Japonii powoli dobiega końca. Już za kilka dni będę w  domu, ale na razie jeszcze staram się jak najlepiej wykorzystać czas, jaki mi pozostał.
I właśnie świadomość rychłego powrotu uświadomiła mi, jak wiele rzeczy  jeszcze mam do zrobienia i jak wielu jeszcze nie zobaczyłam bo zwyczajnie nie miałam czasu.
Jedną z tych rzeczy jest sumo.
Ale jak to? Być w Japonii i nie zobaczyć walki sumo?
Wbrew pozorom nie jest to takie proste, sezon sumo zaczyna się dopiero we wrześniu, czyli wtedy, gdy ja już będę w domu. Na szczęście dzięki życzliwości jednej z Japonek mogłam wybrać się do miejsca, gdzie odbywają się treningi sumo.
Sprawdziłam dojazd na mapie, znalazłam odpowiednią stację metra,  i z pozytywnym nastawieniem wstałam o 5 rano, żeby zobaczyc prawdziwych zawodników sumo.
Pomysłu pożałowałam, gdy  tylko wyszłam z metra. Okazuje się, że znalezienie małej salki treningowej wcale nie jest takie łatwe. Zwłaszcza, gdy wszystkie domy w okolicy są do siebie podobne, światynia, którą spoglądając na mapę, potraktowałam jako punkt charakterystyczny, chyba nie istnieje, nie mam dostępu do internetu by jeszcze raz sprawdzić adres, a o mapie zapomniałam, gdy na wpół przytomna szykowałam się rano do wyjścia (mówcie co chcecie, 5 rano to środek nocy).
Po kilkunastu minutach bezskutecznego krążenia po okolicy, postanowiłam w końcu odpuścić i wrócić tu jeszcze raz, tym razem z mapą. Zrezygnowana skręciłam w uliczkę tuż koło zrujnowanej budowli porośniętej gęstymi krzakami, gdy nagle... sumo. Zawodnik znaczy się, w "stroju" treningowym, odpoczywający po niedawnej walce, jeszcze pokryty warstwą mokrego piasku. Czyli jednak nie przyjechałam na marne.
(Tak, ta ruina w krzakach to była moja światynia, mogłabym sobie jej szukać.)

Do walki, gotowi...
Start!
Który waży więcej?
Chyba wygrał?

piątek, 24 sierpnia 2012

"Come with me, I'll take you there
to the land of make believe"

Kilka ostatnich dni spędziłam na zwiedzaniu trochę bardziej oddalonych regionów Japonii, więc tym razem mam usprawiedliwienie dla swojego milczenia na blogu.
Wycieczkę najkrócej można opisać tak:

Tokio - Kioto - Nara - Osaka - Tokio

I to wszystko w ciągu zaledwie trzech dni, toteż plan wycieczki należał do tych napiętych - dużo zwiedzania, dużo chodzenia i bardzo mało snu. Ale do tego już przywykłam.
Przy organizowaniu wyjazdu pomocny okazał się mój japoński kolega z laboratorium. A nawet był bardzo pomocny. Właściwie, to bez niego ta wycieczka by się nie odbyła. Japoński przewodnik jest niezastąpiony, gdy trzeba rezerwować bilety, organizowac noclegi, słowem, korzystać z udogodnień dostępnych tylko dla japońskojęzycznych osób (wciąż nie wszystkie strony internetowe mają swoje anglojęzyczne wersje).

Pierwszy przystanek - Kioto.
Pierwsze co zauważyłam to kolejna wieża. Japończycy w każdym większym mieście umieszczają wieże, zupełnie, jakby miasto bez dedykowanej mu wieży było niepełne. Kioto Tower ksztatem przypomina latarnię morską, co kompletnie nie ma sensu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Kioto jest miastem ze wszystkich stron otoczonych górami. Komu więc oświetlać drogę? Mieszkającym w górach niedźwiedziom? One chyba nie potrzebują takich udogodnień.

Kioto Tower.
Jak na byłą stolicę kraju przystało, w centrum Kioto znajduje się pałac cesarski. Jednak, podobnie jak w Tokio, zwiedzanie możliwe jest tylko kilka razy w roku, a turystom pozostaje zadowolić się widokiem pałacowego parku.

Pałacowa brama.

I ogrody.
Poza tym, zabudowa miasta jest całkowicie rożna od tokijskiej. Zamiast wszechobecnych wieżowców - kilkupiętrowe budynki, zamiast stali i betonu - drewno i gliniane dachówki. Wystarczy oddalić sie od głównej ulicy miasta, a znajdziemy się w całkiem innym świecie, mniej nowoczesnym, przywodzącym na myśl historię i tradycje Japonii. Można tu nawet spotkać najprawdziwsze gejsze!


Uliczka w Kioto. Niestety zamiast gejsz tylko Japończycy w jukatach.
Jednak główną atrakcją Kioto jest ogromna liczba świątyń, całych ich zespołów, otoczonych wspaniałymi ogrodami.
Pierwszą w odwiedzonych przez nas świątyń była Ginkakuji czyli Srebrny Pawilon. Pierwotnie miał być pokryty srebrem, jednak plany te pokrzyżowała nadchodząca wojna i zamiar nigdy nie doszedł do skutku.
Ginkakuji słynie z ceremonii herbacianych i miedzy innymi to właśnie one miały wpływ na wygląd ogrodu przy świątyni.

Srebrny Pawilon w otoczeniu ogrodu herbacianego.
Warto wspomnieć, że japońskie ogrody, mające na celu stworzenie swoistego makrokosmosu, można podzielić na cztery grupy:ogród rajski - mający przypominać Czystą Ziemię - buddyjski raj,
ogród kamienny - służący do medytacji, składający się z kamieni rozmieszczonych na wysypanej żwirem przestrzeni,
ogród spacerowy - ze starannie przyciętymi roślinami i różnorodnym krajobrazem,
ogród herbaciany- stanowiący ścieżkę łączącą świat rzeczywisty ze światem ceremonii herbacianej.
W okolicy Świątyń w Kioto można napotkać elementy charakterystyczne dla każdej z grup.
Dzięki temu, spacer po terenach przyświatynnych staje się niesamowitym przeżyciem estetycznym, a obecność przyrody pozwala, choć na chwilę, uciec od upału panujaćego w centrum miasta.


Ogród kamienny.

 Następnie odwiedziliśmy Kinkakuji czyli Złoty Pawilon. Pierwotny właściciel światyni wykazał się większą determinacją, i plan doszedł do skutku. Dzięki temu możemy podziwiać mieniący sie w słońcu, złoty pawilon z miedzianą rzeźbą kurczaka feniksa na dachu.

Kinkakuji

Wrzuć monetę.
Dodatkową atrakcją (nawet nie turystyczną, bo Japończycy są równie zainteresowani) światyń, są amulety i talizmany. Mają postać woreczka zawierającego magiczną formułę i mają za zadanie zapewnić szczeście, pomyślność w pracy, bezpieczeństwo za kierownicą, zdrowie i wiele innych. Są nawet amulety chroniące przed atakiem sił nadprzyrodzonych. Stanowią jednak produkt ekskluzywny i można znaleźć je w jednej, konkretnej światyni.
Światyni łowcy duchów. Miejsce to poświęcone jest autorowi mangi i anime o mocach piekielnych i cieszy się dużą popularnością wśród fanów opowieści o duchach.
Ghoushunters...
Mamy więc amulety zapewniające pomyślność w każdej dziedzinie życia. A powodzenie w miłości? Wcale nie zapomniałam o talizmanach miłosnych. Po prostu, kwestia ta jest zbyt istotna, żeby zbyć ją zwykłym amuletem, potrzeba czegoś większego. I cięższego. Jak kamień miłości.
Światynia Kiyomizudera jest swoistą instytucją życia Kioto. Można tam napić się wody ze świętego źródła, obejrzeć panoramę Kioto z werandy, stanowiącej prawdziwy majstersztyk, wykonanej bez jednego gwoździa, a także kupić miłosne wróżby w pobliskiej kaplicy. I skorzystać z mocy kamienia życzeń.



Skoczyć ze sceny Kiyomizuedera czyli dać nurka.
Należy stanąć przy kamieniu, pomyśleć życzenie i spróbować z zamkniętym oczami przejść do osoby stojącej nieopodal. Jeżeli uda się to zrobić bezpiecznie, mamy zapewnione powodzenie w miłości, jeżeli nie, do osiągnięcia szczęścia czeka nas jeszcze długa droga.

Szczęśliwy kamień.
Potrzeba więc tylko trochę zmysłu równowagi by znaleźć miłość swojego życia. Proste prawda?

 Osiagneliśmy równowagę duchową podczas medytacji w ogrodzie, mamy amulety chroniąc przed wszelkim złem i nieszczęśliwymi wypadkami, i zapewnioną pomyślność w miłości.
Do pełni szczęścia potrzeba jeszcze dachu nad głową.
Jeśli kochać to księcia, jeśli kraść to miliony, a jeżeli mieszkać, to tylko w zamku.
W ostateczności można ten zamek też zwiedzić.

Zamek Nijo.
Zamek Nijo swoją wyjątkowość zawdzięcza bogatemu wystrojowi wnętrz, i tzw. słowiczym podłogom. W wyniku specjalnego sposobu wbijania gwoździ, podłogi przy chodzeniu wydają odgłosy podobne do kwilenia ptaka, mające na celu ostrzec przed intruzami. Taki piętnastowieczny system antywłamaniowy.  
Z powodzeniem stosowany też w Polsce. Znany każdemu, kto mieszkając w domu z drewnianymi podlogami chce po cichu wrócić do domu, nie budząc reszty domowników, co oczywiście, nigdy się to nie udaje, bo parkiet zaczyna skrzypieć w najmniej oczekiwanym momencie. Tylko, że u nas stanowi to mankament, a nie celowe działanie. Tzn. taką mam nadzieję, nie podejrzewam niczyich rodziców o branie przykładu z japońskiego szoguna, w celu lepszej kontroli nad nocnymi powrotami swoich pociech.


Ogród rajski przy pałacu.

Z cyklu "Japonia jest całym światem i cały świat można znaleźć w Japonii":
W okolicy świątynii Nanzenji, poza pięknym ogrodem imponujących rozmiarów bramą mozna zobaczyć akwedukt. Wykonany z czerwonej cegły był częścią projektu kanałów, mających za zadanie sprowadzanie do Kioto towarów z pobliskiej prefektury Shiga.

Jesteśmy w Rzymie. No prawie.
Dość egzotyczna atrakcja jak na historyczne Kioto.

piątek, 17 sierpnia 2012

"It's a rich man's world"

Kolejność zwiedzanych przeze mnie miejsc niekoniecznie pokrywa się z przewodnikowymi wytycznymi. Coż mogę powiedzieć, zawsze lubiłam chodzić własnymi ścieżkami. Jednak, po sześciu tygodniach w Tokio uznałam, że w końcu przyszła pora na wycieczkę do Pałacu Cesarskiego.
Został on wzniesiony po II wojnie światowej, w miejscu zniszczonego zespołu zamkowego, stanowiącego niegdyś największy tego typu obiekt na świecie. Historia zamku sięga roku 1590, kiedy to szogun Tokugawa podjął decyzję o rozpoczęciu budowy. Obecnie, pałac zamieszkiwany jest przez rodzinę cesarską i udostępniany dla zwiedzających tylko dwa razy do roku: w Nowy Rok i w dzień urodzin cesarza.
Żadna z tych okazji nie przypada w najbliższym czasie, pozostało mi więc podziwianie pałacu z zewnątrz. A właściwie, to całkiem z daleka. Spokój rodziny cesarskiej nie może być przecież zakłócany przez tłumy, żądnych pamiątkowej fotki, turystów.

Pałac cesarski i most Nijubashi, dawne główne wejście do pałacu.
Dla turystów udostępnione są natomiast pałacowe ogrody, gdzie spędziłam najbardziej upalną część dnia. W Tokio, gdy nie pada, czyli przez większość czasu, ( a przynajmniej wtedy, gdy jestem w centrum miasta), jest bardzo gorąco. Według termometru, średnia temperatura to ok 30 stopni Celsjusza, dałabym głowę, że jest jeszcze goręcej. Jeśli dodamy do tego centrum miasta zbudowane z betonu i szkła, to ucieczka do zacienionego parku czy ogrodu wydaje się jeszcze atrakcyjniejsza. W przypadku ogrodu cesarskiego to niezaprzeczalna i jedyna zaleta. Niestety nie ma co liczyć na wrażenia estetyczne, zwłaszcza w porównaniu z innymi tokijskimi parkami, które miałam okazję odwiedzić.

 Na wrażenia estetyczne czas przyszedł później. Chociaż nie do końca związane były one z pięknem przyrody.

Ginza - jedna z najważniejszych dzielnic Tokio, centrum handlu, pełne domów towarówych cenionych światowych marek. Miejsce, gdzie można kupić szpilki od Christiana Louboutina, kostium Chanel czy torebkę Louis Vuitton, czyli wszystko co markowe, drogie i ekskluzywne.


Główna arteria w Ginzie.
Nie mogłam oprzeć się pokusie zajrzenia do kilku butików, w końcu nie co dzień jestem w miejscu, gdzie, jeden przy drugim, stoją sklepy najbardziej znanych domów mody świata. Na szczęście, na większości produktów nie było podanych cen, co uchroniło mnie przed stanem przedzawałowym. Zdaję sobie sprawę, że nie stać mnie na buty od Manolo Blahnika, ale przynajmniej nie dowiedziałam się, jak bardzo.
Natomiast dla rzeczywistych klientów, to chyba nie stanowi problemu, jeżeli mogą sobie pozwolić na zakupy w Dolce &Gabbana, to nie przejmują się cenami.

Dom handlowy Seibu.
Jednak Ginza sprawiła mi przyjemną niespodziankę. Nawet dwie.
Po pierwsze, w żadnym z tych ekskluzywnych sklepów, nikt nie zwrócił mi uwagi, że nie powinno mnie tam być. Pomimo, że ubrana w szorty i koszulkę, z aparatem w dłoni, kompletnie nie wyglądałam jak potencjalna klientka, sprzedawcy byli życzliwi. Stanowiło to miłą odmianę, zwłaszcza w odniesieniu do polskich sklepów, głównie drogerii, gdzie przestąpienie progu takowej w glanach, równa się ogonkowi złożonemu z ochroniarza i sprzedawczyni, gotowych bronić sklepowych dóbr przed zagrabieniem.

Marzenie Japonek - pierścionek zaręczynowy od Harry'ego Winstona.
Druga niespodzianka to sklepik, gdzie można było kupić tanie i naprawdę piękne pocztówki z epoki Edo. Nie spodziewałabym się tego po dzielnicy dla najbogatszych obywateli.

Symbol Ginzy - zegar na szczycie domu towarowego Wako.
Pamiętając, że wciąż jestem w Tokio, postanowiłam jeszcze poszukać najnowszych osiągnięć techniki. Salon ekspozycyjny Sony, był do tego celu idealny - kilka pięter wypełnionych nowoczesnym sprzętem i gadżetami jak telewizory 3D, najnowsze modele konsol, notebooków, sprzetu grającego i wielu innych, spełniłoby wymagania najbardziej wybrednego konsumenta.

Akwarium na parterze salonu Sony.
Dopełnieniem wycieczki był spacer po centrum, podczas którego miałam okazję zobaczyć dworzec metra zbudowany w stylu europejskim, co stanowiło bardzo egzotyczny widok, w otoczeniu tych wszytkich wieżowców.
Dworzec Tokio, wzorowany na dworcu w Amsterdamie.
Natomiast wieczorem poleciałam do Paryża. Czemu nie, w końcu to tylko kilka tysięcy kilometrów, prawda?
Prawie jak w Paryżu.
Pamiętacie jak pisałam, że Japończycy nie potrzebują reszty świata, bo mają wszystko to samo, tylko, że lepsze? Wieżę Eiffla też mają.
Tokio Tower, zbudowana na wzór słynnej paryskiej wieży jest od niej wyższa, i szczególnie warta zobaczenia nocą, gdy rozświetlona jest tysiacami światełek.
Piękny widok. Tylko pieczywo tokijskie nijak nie przypomina francuskich bagietek.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"There's more to life to show you,
take a rocket ride"

Kolejna wycieczka zorganizowana przez IAESTE, dużo lepiej wpisywała się ramy stażu o tematyce technicznej. Mianowicie pojechaliśmy do Tsukuby, by zwiedzić JAXA czyli Japan Aerospace Exploration Agency.
Może najpierw słówko o letnim programie IAESTE. Otóż, podczas pobytu zagranicznych studentów w Tokio, lokalny komitet IAESTE stara się jak najlepiej zagospodarować nam wolny czas, organizując liczne wycieczki oraz spotkania z japońskimi studentami. Pozwala nam to, nie tylko poznać wielu ciekawych ludzi, ale też zwiedzić interesujące miejsca i zapoznać się z kulturą japońską.
Chociaż, w sumie, jak dla mnie, to ja już wystarczająco dużo ludzi poznałam. Poza kilkoma charakterystycznymi jednostkami, Japończycy zlewają mi się w jedną azjatycką masę i kompletnie nie mogę rozróżnić który jest który. O zapamiętaniu wszystkich imion, nawet nie mam co marzyć. Ale naprawdę, oni wszyscy są do siebie bardzo podobni. Swoją drogą, ciekawe, czy Azjaci też mają podobnie problemy?  Zapytałabym, tylko nie bardzo wiem jak, bo przecież pytanie: "Przepraszam, jakim cudem jesteś w stanie rozróźnić swoich kolegów, pomimo, że wyglądają jak dwie krople wody?" mogłoby zostać potraktowane jako niegrzeczne.
Zresztą, podobni czy nie, najważniejsze, ze chętnie uczestniczą w IAESTE-owych wycieczkach. Ponownie więc, proporcje grupy były wyraźnie zaburzone, oczywiście na korzyść Japończyków.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od podzielenia się na grupy. A potem na mniejsze grupki. Po co? Tego nie wie nikt, chyba nawet sami organizatorzy.
Efekt tych zabiegów jest taki, że na jednego studenta zagranicznego przypada średnio czterech miejscowych. Zupełnie jakby chcieli sprawiedliwie podzielić się nami i zmotywować nas do nawiązania kontaktu z nimi. I bardzo dobrze im się to udaje (patrz kilka linijek wyżej).

Pierwszy punkt wycieczki to Expo Center, gdzie znajduje się muzeum nauk ścisłych. Eksponaty ukazywały najnowsze osiągnięcia nauki jak nanotechnologia, loty kosmiczne czy badania nad kodem DNA, a także  podstawowe zagadnienia fizyki jak magnetyzm czy akustyka. A wszystko przedstawione w przystępny sposób, tak aby zainteresować nawet najmłodszych zwiedzających.

Wstęp do nanotechnologii

Ekspozycja była z gatunku tych "dotykaj i ucz się", co mnie osobiście bardzo cieszy, bo nie ma lepszego sposobu na zachęcenie dzieci do nauki przedmiotów ścisłych niż doświadczenia empiryczne. Poza tym muzea techniki w stylu "patrz i nie ruszaj" są po prostu nudne.

Kosmiczny łazik.

Ale zaraz, jakie dzieci? Przecież studenci IAESTE to dorośli ludzie, już studiujący kierunki techniczne. Czy nas trzeba jeszcze do czegoś zachęcać? Raczej nie. Ale to wcale nie przeszkodziło nam w bawieniu się rozmaitymi urządzeniami, na równi z obecnymi tam dzieciakami.

W wielkiej bańce.

Gdyby kilka lat temu ktoś mnie zabrał do takiego muzeum, lekcje fizyki byłyby dużo ciekawsze i bardziej zrozumiałe. Teraz pozostaje już tylko cieszyć się, że nabyta wiedza pozwala na bezproblemowe zrozumienie całej wystawy, nawet jeżeli nie wszędzie dostępne są opisy w języku angielskim.

Potem było już poważniej.  JAXA, czyli japońskie centrum lotów kosmicznych, to takie azjatyckie NASA.

Japan Aerospace Exploration Agency.

Na wystawie mogliśmy podziwiać historię podboju kosmosu przez Japończyków, od pierwszych satelitów, aż po najnowocześniejsze rakiety.

Rakietą do gwiazd.

Przestrzeń wystawinniczą wypełniały odwzorowane modele rzeczywistych urządzeń, a także prawdziwe, nieużywane już maszyny.

Trochę historii.

Ponownie, część ekspozycji była interaktywna, mieliśmy między innymi okazję do obejrzenia map pogodowych z całego świata oraz zapoznania się z realiami życia w stacji kosmicznej.

Jaki ten świat mały.

Wyzyta w JAXA była niesamowitym przeżyciem. Jedynym mankamentem była świadomość, że Japonia jest tak zaawansowanym technicznie krajem, że mają całe muzeum związane z eksploracją kosmosu, podczas gdy w Polsce, dopiero niedawno, pierwszy satelita został umieszczony na orbicie. Ale przecież uczymy się od najlepszych, prawda? Więc może hasło "dogonić Amerykę" warto zmienić na "dogonić Japonię"?

Bo wszyscy astronauci to jedna rodzina.


wtorek, 14 sierpnia 2012

"When the dragon lies"

Praca w laboratorium ma to do siebie, że potrzebne są do niej specjalistyczne urządzenia. A te, czasami lubią się zepsuć, w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka dni temu, jedna z niebędnych do pracy maszyn uległa awarii, w związku z czym do końca tego dnia miałam wolne.
Postanowiliśmy więc, razem z moim węgierskim kolegą z laboratorium, wykorzystać resztą popołudnia na zwiedzanie. Tym razem padło na Dragon Museum, czyli jedną z niewielu atrakcji turystycznych otwartą po godz. 17.00. Miejsce niedaleko od uczelni, a i nazwa brzmiała dość zachęcająco, w końcu to muzeum smoków. No właśnie, brzmiała.
Do momentu, gdy znaleźliśmy się wewnątrz muzeum, wielkością nie przekraczającego średniej wielkości mieszkania.
Jednak były smoki.
Nadmienię, że przy wyborze muzeum kierowaliśmy się węgierskim przewodnikiem. A po węgiersku dragon, oznacza nie tylko smoka, ale też latawiec. Tak,niechcący poszliśmy do muzeum latawców. Niesamowicie kolorowych i pieknie zdobionych, ale jednak, latawców?!

I latawce.
Dużo latawców.

"Take me out to the ball game"

Jaki jest napopularniejszy sport w Japonii? Oczywiście poza sumo? Baseball.

Sport ten stał się popularny w latach 70-tych XIX wieku, za sprawą emigrantów ze Stanów Zjednoczonych. Obecnie, na terenie Japonii, działają dwie profesjonalne ligi baseballowe: Liga Centralna i Liga Pacyfiku.
Uznaliśmy, że będąc w Japonii, warto wybrać się na mecz baseballu. Zwłaszcza, że najpopularniejszą japońska zawodowa drużyną są Yomiuri Giants z Central League, których mecze odbywają się w Tokio Dome. Wybór padł więc na mecz Yomiuri Giants vs. Hanshin Tigers. Razem z nami, studentami IAESTE, na mecz wybrało się kilkoro japońskich studentów. Jako, że japończycy byli fanami Tygrysów, my także postanowiliśmy im kibicować.

Tokio Dome.
Intensywne przygotowania do meczu zaczęliśmy już kilka dni wcześniej.


W dniu meczu, pozytywnie nastawieni, wybraliśmy się na stadion. Trzeba przyznać, że sam stadion robi ogromne wrażenie, ale jeszcze większe - wesołe miasteczko tuż obok. Po raz pierwszy widziałam roller coster, którego trasa przebiega wokół budynku. Sama kolejka wyglądała na należącą do tych dostarczających wielu emocji, toteż postanowiłam wrócić tam jeszcze, oczywiście o ile czasu i pieniędzy wystarczy.
Roller Coster na dachu.
Pomimo, że bilety na mecz zakupiliśmy już wcześniej, pozostały nam jedynie miejsca stojące. Bilety na mecze Gigantów rozsprzedawane są w tempie natychmiastowym. Prawda, że brzmi to jak zapowiedź doskonałej rozrywki? No właśnie. Też nam się tak wydawało.
A wszystkiemu winna współczesna kinematografia. Znacie te amerykańskie filmy o baseballu, przepełnione akcją, doskonałymi wybiciami i grą od której nie można wręcz oderwać oczu? To w rzeczywistości wcale tak nie wygląda. Ani odrobinę.

Początek meczu.
Baseball jest nudny. Piekielnie nudny. Do tego stopnia, że nawet japońscy fani na mecze przychodzą z książkami i konsolami do gier. Wygląda to przekomicznie, gdy fan najpierw zaciekle kibicuje swojej drużynie, a po chwili, gdy sytuacja na boisku się odwraca i przy piłce są zawodnicy drużyny przeciwnej, siada i zagłebia się w lekturę.

Uwaga! Akcja!
Podczas trzygodzinnej gry, łącznie zdobyto TRZY punkty. Nie ma więc co liczyć na spektakularne wybicia i zawrotne zwroty akcji. Mimo to, na stadionie panowała bardzo pozytywna atmosfera, kibice zagrzewali swoje drużyny do walki, a na trybunach można było zobaczyć całe rodziny z dziećmi.
Niestety, drużyna której kibicowaliśmy przegrała. Chciałoby się powiedzieć, że nie ważna wygrana, liczy się dobra zabawa. Ale w przypadku baseballu? Jedyne o czym pomyślałam to, baseball - nigdy więcej.

Międzynarodowi kibice Tygrysów.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

"And when the rain begins to fall"


Długo nie pisałam, tyle się tu dzieje, że nie mogę znaleźć czasu na prowadzenie bloga. Ostatni weekend był także bardzo intensywny. Ale o tym następnym razem, dzisiaj cofniemy się jeszcz o jeden tydzień, kiedy to razem z naszymi japońskimi kolegami z laboratorium wybraliśmy się na wycieczkę do Hayamy.

Powinnam jeszcze wspomnieć o współpracownikach z laboratorium, bo jakoś do tej pory to przeoczyłam. Otóż poza Japończykami i mną jest jeszcze troje międzynarodowych studentów: Węgier , tak jak ja na praktykach z IAESTE oraz dwoje Chińczyków, skierowanych do Tokio z ramienia ich uniwersytetu. Chinka prowadzi badania do swojej pracy doktoranckiej, a Chińczyk ma za zadanie nawiązać nić współpracy japońsko-chińskiej by w przyszłości ułatwić chińskim uczniom studiowanie w Japonii. Co wcale nie jest takie proste, jak wyjaśnił nam pofesor Suga, na ostatnim spotkaniu laboratorium. Można więc powiedzieć, że uniwersytet zafundował Chińczykowi darmowe japońskie wakacje. Przynajmniej chłopak miał dobre chęci, nawet jeśli z góry skazany był na porażkę. Ale czy oni serio myśleli, że takie zadanie można powierzyć studentowi? Bo jeżeli tak, to ja chętnie pojadę do Chin by poprawiać stosunki polsko-chińskie. Tzn. jeżeli tylko znajdę kogoś chętnego do zasponsorowania mi biletu lotniczego.

Ale wróćmy do Hayamy, bo znowu się rozpisałam nie na temat.
Ekipa naszego laboratorium.
Cel naszej wycieczki nie był czysto integracyjny, najpierw musiała nastąpić część merytoryczna. Zaczeliśmy więc od zapoznania się z japońskim przemysłem czyli zwiedzenia fabryki NSK.
Przed wejściem do fabryki łożysk.
NSK zajmuje się produkcją łożysk. I tak się składa, że to właśnie łożyska tej firmy kupowałam niecały rok temu do robota, stanowiącego przedmiot mojej pracy inżynierskiej. Zwykły zbieg okoliczności, ale stanowiący bardzo miłą niespodziankę - najpierw kupiłam produkt tej firmy, reklamowany jako jeden z najlepszych, a teraz mam okazję zobaczyć proces wytwórczy.

Wycieczka rozpoczęła się od krótkiego wykładu na temat roli i zastosowań łożysk, oczywiście, po japońsku. Na szczęście temat jest mi na tyle znany, że samo obejrzenie slajdów wystarczyło mi na zorientowanie się o czym jest mowa, natomiast mój węgierski kolega, który z mechaniką nie ma nic wspólnego, mógł poczuć się jak na prawdziwie japońskim kazaniu.

Potem przyszedł czas na zwiedzanie. Zobaczyliśmy laboratoria, w których opracowuje się nowe materiały stosowane do smarowania łożysk, a także pracuje nad polepszeniem trwałości łożysk. Następnie zabrano nas na halę produkcyjną. To był punkt wycieczki, na który naprawdę czekałam, spodziewałam się zaawansowanej technologii i nowoczesnych urządzeń. Przecież jesteśmy w Japonii, to zobowiązuje. Niestety, cały mój entuzjazm prysł jak bańka mydlana, tuż po przekroczeniu drzwi hali. Zobaczyłam zwyczajny zakład, jakich wiele w Polsce, niezbyt nowoczesny, pełen starych maszyn . No chyba, że to tylko muzeum było, pozostawione specjalnie dla zwiedzających, bo technologia produkcji jest ściśle tajna i nie powinna być udostępniona postronnym. Na pewno. Czy może być bardziej logiczne wytłumaczenie?

Po zwiedzaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę, do Hayamy, gdzie miała nastąpić część nieoficjalna wyprawy. Hayama to nadmorskie miasteczko, położone niedaleko Kamakury, o charakterze czysto wypoczynkowym.
Port w Hayamie.
Nasz hotel usytuowany był tuż nad oceanem, co stanowiło niezaprzeczalny atut. A raczej stanowiłoby, gdyby nie padał deszcz. Japonia nieustannie płata mi figle, za każdym razem gdy oczekuję ładnej pogody, zaczyna padać. Co się stało z tymi opowieściami o słonecznym kraju i gorącym lecie? Zwykły chwyt marketingowy, ot co.
"Plaża" przy hotelu.
Pogoda nie przeszkodziła nam jednak w miłym spędzeniu reszty dnia. Zwłaszcza, że wieczorem odrobinę się wypogodziło i mogliśmy iść nad ocean. A co robią Japończycy, gdy są nad oceanem? Palą zimne ognie. Oni naprawdę lubią wszystko co płonie i iskrzy. Dobrze tylko, że poprzestają na fajerwerkach i sztucznych ogniach, bez przejawiania innych, niebezpiecznych dla otoczenia, zapędów pirotechnicznych.

Zimne ognie na plaży.
W planach na wieczór przwidziana była też impreza. Na dobry początek rozbiliśmy arbuza. Na plaży. Ochotnik z zawiązanymi oczami okręcany jest kilka razy wokół własnej osi tak, by stracił orientację, a następnie, za pomocą metalowej rurki, ma za zadanie znaleźć i rozbić arbuza, kierując się tylko intuicją. Ewentualnie może też słuchać podpowiedzi kolegow, ale musi liczyć się z tym, że nie zawsze są prawdziwe i pręt, zamiast na arbuzie, może przypadkiem wylądować na głowie, stojącego nieopodal, profesora.

Po arbuzowej piniacie, wróciliśmy do hotelu, gdzie, ku mojemu zaskoczeniu, japończycy poza piwem i przekąskami, wyciągneli gry planszowe. Spędziliśmy więc resztę wieczoru rozmawiając, grając w mahjonga, uno i jengę. Może nie była to zbyt typowa impreza, przynajmniej w euorpejskim rozumieniu tego słowa, ale napewno stanowiła interesujące i przyjemne doświadczenie.

Następnego dnia, przedpołudnie spędziliśmy nad oceanem, gdzie część grupy postanowiła, mimo kiepskiej pogody, popływać, a ci mniej odważni wybrali się na spacer do pobliskiej świątyni.

Nietrudno się domyśleć, do której grupy się przyłączyłam.

W drodze do świątyni.

Światynia i kolejna uroczystość.
Głodni i zmęczeni wybraliśmy się na obiad. I tutaj spotkała nas niespodzianka. Profesor Suga, postanowił ugościć nas tradycyjnym japońskim daniem, i zabrał nas do restauracji, gdzie serwuje się surowe ryby. Jeśli chciał zapewnić nam niezapomniane emocje podczas obiadu, to mu się udało. Z przekonaniem nas do japońkiej kuchni, poszło mu trochę gorzej. Ale ciężko skupić się na smaku, gdy obiad przygląda nam się z talerza.
Jak to, ja mam to zjeść? NIe trzeba tego najpierw, no nie wiem, ugotować?
Jednak pomimo początkowego sceptycyzmu, odważnie chwyciliśmy pałeczki z dłonie.

Byliśmy zgodni, że pod względem estetyki, Japończycy nie mają sobie równych. Dania wyglądały pięknie. Gdy choć na chwilę zapomniało się, że to surowe ryby, można było dostrzec kunsztowne wykonanie potrawy, sposób ułożenia, dodatki. Co do smaku, zdania były podzielone. Część osób, w tym ja, była pozytywnie zaskoczona, jak smaczna może być ryba, tylko z dodatkiem sosu sojowego i wasabi. Dla kilku osób, obiad okazał się wyzwaniem przekraczającym ich możliwości. Ale to chyba już tak jest z japońskimi daniami, albo się je pokocha, albo znienawidzi.

Latająca ryba.
Niestety, rybna uczta stanowiła ostatni punkt wycieczki i po niej, musieliśmy wrócić, do może nie tak szarej, tokijskiej rzeczywistości. I oczekiwać koljnych niezpomnianych przeżyć.