poniedziałek, 13 sierpnia 2012

"And when the rain begins to fall"


Długo nie pisałam, tyle się tu dzieje, że nie mogę znaleźć czasu na prowadzenie bloga. Ostatni weekend był także bardzo intensywny. Ale o tym następnym razem, dzisiaj cofniemy się jeszcz o jeden tydzień, kiedy to razem z naszymi japońskimi kolegami z laboratorium wybraliśmy się na wycieczkę do Hayamy.

Powinnam jeszcze wspomnieć o współpracownikach z laboratorium, bo jakoś do tej pory to przeoczyłam. Otóż poza Japończykami i mną jest jeszcze troje międzynarodowych studentów: Węgier , tak jak ja na praktykach z IAESTE oraz dwoje Chińczyków, skierowanych do Tokio z ramienia ich uniwersytetu. Chinka prowadzi badania do swojej pracy doktoranckiej, a Chińczyk ma za zadanie nawiązać nić współpracy japońsko-chińskiej by w przyszłości ułatwić chińskim uczniom studiowanie w Japonii. Co wcale nie jest takie proste, jak wyjaśnił nam pofesor Suga, na ostatnim spotkaniu laboratorium. Można więc powiedzieć, że uniwersytet zafundował Chińczykowi darmowe japońskie wakacje. Przynajmniej chłopak miał dobre chęci, nawet jeśli z góry skazany był na porażkę. Ale czy oni serio myśleli, że takie zadanie można powierzyć studentowi? Bo jeżeli tak, to ja chętnie pojadę do Chin by poprawiać stosunki polsko-chińskie. Tzn. jeżeli tylko znajdę kogoś chętnego do zasponsorowania mi biletu lotniczego.

Ale wróćmy do Hayamy, bo znowu się rozpisałam nie na temat.
Ekipa naszego laboratorium.
Cel naszej wycieczki nie był czysto integracyjny, najpierw musiała nastąpić część merytoryczna. Zaczeliśmy więc od zapoznania się z japońskim przemysłem czyli zwiedzenia fabryki NSK.
Przed wejściem do fabryki łożysk.
NSK zajmuje się produkcją łożysk. I tak się składa, że to właśnie łożyska tej firmy kupowałam niecały rok temu do robota, stanowiącego przedmiot mojej pracy inżynierskiej. Zwykły zbieg okoliczności, ale stanowiący bardzo miłą niespodziankę - najpierw kupiłam produkt tej firmy, reklamowany jako jeden z najlepszych, a teraz mam okazję zobaczyć proces wytwórczy.

Wycieczka rozpoczęła się od krótkiego wykładu na temat roli i zastosowań łożysk, oczywiście, po japońsku. Na szczęście temat jest mi na tyle znany, że samo obejrzenie slajdów wystarczyło mi na zorientowanie się o czym jest mowa, natomiast mój węgierski kolega, który z mechaniką nie ma nic wspólnego, mógł poczuć się jak na prawdziwie japońskim kazaniu.

Potem przyszedł czas na zwiedzanie. Zobaczyliśmy laboratoria, w których opracowuje się nowe materiały stosowane do smarowania łożysk, a także pracuje nad polepszeniem trwałości łożysk. Następnie zabrano nas na halę produkcyjną. To był punkt wycieczki, na który naprawdę czekałam, spodziewałam się zaawansowanej technologii i nowoczesnych urządzeń. Przecież jesteśmy w Japonii, to zobowiązuje. Niestety, cały mój entuzjazm prysł jak bańka mydlana, tuż po przekroczeniu drzwi hali. Zobaczyłam zwyczajny zakład, jakich wiele w Polsce, niezbyt nowoczesny, pełen starych maszyn . No chyba, że to tylko muzeum było, pozostawione specjalnie dla zwiedzających, bo technologia produkcji jest ściśle tajna i nie powinna być udostępniona postronnym. Na pewno. Czy może być bardziej logiczne wytłumaczenie?

Po zwiedzaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę, do Hayamy, gdzie miała nastąpić część nieoficjalna wyprawy. Hayama to nadmorskie miasteczko, położone niedaleko Kamakury, o charakterze czysto wypoczynkowym.
Port w Hayamie.
Nasz hotel usytuowany był tuż nad oceanem, co stanowiło niezaprzeczalny atut. A raczej stanowiłoby, gdyby nie padał deszcz. Japonia nieustannie płata mi figle, za każdym razem gdy oczekuję ładnej pogody, zaczyna padać. Co się stało z tymi opowieściami o słonecznym kraju i gorącym lecie? Zwykły chwyt marketingowy, ot co.
"Plaża" przy hotelu.
Pogoda nie przeszkodziła nam jednak w miłym spędzeniu reszty dnia. Zwłaszcza, że wieczorem odrobinę się wypogodziło i mogliśmy iść nad ocean. A co robią Japończycy, gdy są nad oceanem? Palą zimne ognie. Oni naprawdę lubią wszystko co płonie i iskrzy. Dobrze tylko, że poprzestają na fajerwerkach i sztucznych ogniach, bez przejawiania innych, niebezpiecznych dla otoczenia, zapędów pirotechnicznych.

Zimne ognie na plaży.
W planach na wieczór przwidziana była też impreza. Na dobry początek rozbiliśmy arbuza. Na plaży. Ochotnik z zawiązanymi oczami okręcany jest kilka razy wokół własnej osi tak, by stracił orientację, a następnie, za pomocą metalowej rurki, ma za zadanie znaleźć i rozbić arbuza, kierując się tylko intuicją. Ewentualnie może też słuchać podpowiedzi kolegow, ale musi liczyć się z tym, że nie zawsze są prawdziwe i pręt, zamiast na arbuzie, może przypadkiem wylądować na głowie, stojącego nieopodal, profesora.

Po arbuzowej piniacie, wróciliśmy do hotelu, gdzie, ku mojemu zaskoczeniu, japończycy poza piwem i przekąskami, wyciągneli gry planszowe. Spędziliśmy więc resztę wieczoru rozmawiając, grając w mahjonga, uno i jengę. Może nie była to zbyt typowa impreza, przynajmniej w euorpejskim rozumieniu tego słowa, ale napewno stanowiła interesujące i przyjemne doświadczenie.

Następnego dnia, przedpołudnie spędziliśmy nad oceanem, gdzie część grupy postanowiła, mimo kiepskiej pogody, popływać, a ci mniej odważni wybrali się na spacer do pobliskiej świątyni.

Nietrudno się domyśleć, do której grupy się przyłączyłam.

W drodze do świątyni.

Światynia i kolejna uroczystość.
Głodni i zmęczeni wybraliśmy się na obiad. I tutaj spotkała nas niespodzianka. Profesor Suga, postanowił ugościć nas tradycyjnym japońskim daniem, i zabrał nas do restauracji, gdzie serwuje się surowe ryby. Jeśli chciał zapewnić nam niezapomniane emocje podczas obiadu, to mu się udało. Z przekonaniem nas do japońkiej kuchni, poszło mu trochę gorzej. Ale ciężko skupić się na smaku, gdy obiad przygląda nam się z talerza.
Jak to, ja mam to zjeść? NIe trzeba tego najpierw, no nie wiem, ugotować?
Jednak pomimo początkowego sceptycyzmu, odważnie chwyciliśmy pałeczki z dłonie.

Byliśmy zgodni, że pod względem estetyki, Japończycy nie mają sobie równych. Dania wyglądały pięknie. Gdy choć na chwilę zapomniało się, że to surowe ryby, można było dostrzec kunsztowne wykonanie potrawy, sposób ułożenia, dodatki. Co do smaku, zdania były podzielone. Część osób, w tym ja, była pozytywnie zaskoczona, jak smaczna może być ryba, tylko z dodatkiem sosu sojowego i wasabi. Dla kilku osób, obiad okazał się wyzwaniem przekraczającym ich możliwości. Ale to chyba już tak jest z japońskimi daniami, albo się je pokocha, albo znienawidzi.

Latająca ryba.
Niestety, rybna uczta stanowiła ostatni punkt wycieczki i po niej, musieliśmy wrócić, do może nie tak szarej, tokijskiej rzeczywistości. I oczekiwać koljnych niezpomnianych przeżyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz