Praca w laboratorium
ma to do siebie, że potrzebne są do niej specjalistyczne urządzenia. A te,
czasami lubią się zepsuć, w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka dni temu,
jedna z niebędnych do pracy maszyn uległa awarii, w związku z czym do końca
tego dnia miałam wolne.
Postanowiliśmy więc,
razem z moim węgierskim kolegą z laboratorium, wykorzystać resztą popołudnia na
zwiedzanie. Tym razem padło na Dragon Museum, czyli jedną z niewielu atrakcji
turystycznych otwartą po godz. 17.00. Miejsce niedaleko od uczelni, a i nazwa
brzmiała dość zachęcająco, w końcu to muzeum smoków. No właśnie, brzmiała.
Do momentu, gdy
znaleźliśmy się wewnątrz muzeum, wielkością nie przekraczającego średniej
wielkości mieszkania.
 |
| Jednak były smoki. |
Nadmienię, że przy wyborze muzeum kierowaliśmy się węgierskim przewodnikiem. A po węgiersku dragon, oznacza nie tylko smoka, ale też latawiec. Tak,niechcący poszliśmy do muzeum latawców. Niesamowicie kolorowych i pieknie zdobionych, ale jednak, latawców?!
 |
| I latawce. |
 |
| Dużo latawców. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz