wtorek, 14 sierpnia 2012

"When the dragon lies"

Praca w laboratorium ma to do siebie, że potrzebne są do niej specjalistyczne urządzenia. A te, czasami lubią się zepsuć, w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka dni temu, jedna z niebędnych do pracy maszyn uległa awarii, w związku z czym do końca tego dnia miałam wolne.
Postanowiliśmy więc, razem z moim węgierskim kolegą z laboratorium, wykorzystać resztą popołudnia na zwiedzanie. Tym razem padło na Dragon Museum, czyli jedną z niewielu atrakcji turystycznych otwartą po godz. 17.00. Miejsce niedaleko od uczelni, a i nazwa brzmiała dość zachęcająco, w końcu to muzeum smoków. No właśnie, brzmiała.
Do momentu, gdy znaleźliśmy się wewnątrz muzeum, wielkością nie przekraczającego średniej wielkości mieszkania.
Jednak były smoki.
Nadmienię, że przy wyborze muzeum kierowaliśmy się węgierskim przewodnikiem. A po węgiersku dragon, oznacza nie tylko smoka, ale też latawiec. Tak,niechcący poszliśmy do muzeum latawców. Niesamowicie kolorowych i pieknie zdobionych, ale jednak, latawców?!

I latawce.
Dużo latawców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz