środa, 29 sierpnia 2012

"This fight could be the last fight"

Mój pobyt w Japonii powoli dobiega końca. Już za kilka dni będę w  domu, ale na razie jeszcze staram się jak najlepiej wykorzystać czas, jaki mi pozostał.
I właśnie świadomość rychłego powrotu uświadomiła mi, jak wiele rzeczy  jeszcze mam do zrobienia i jak wielu jeszcze nie zobaczyłam bo zwyczajnie nie miałam czasu.
Jedną z tych rzeczy jest sumo.
Ale jak to? Być w Japonii i nie zobaczyć walki sumo?
Wbrew pozorom nie jest to takie proste, sezon sumo zaczyna się dopiero we wrześniu, czyli wtedy, gdy ja już będę w domu. Na szczęście dzięki życzliwości jednej z Japonek mogłam wybrać się do miejsca, gdzie odbywają się treningi sumo.
Sprawdziłam dojazd na mapie, znalazłam odpowiednią stację metra,  i z pozytywnym nastawieniem wstałam o 5 rano, żeby zobaczyc prawdziwych zawodników sumo.
Pomysłu pożałowałam, gdy  tylko wyszłam z metra. Okazuje się, że znalezienie małej salki treningowej wcale nie jest takie łatwe. Zwłaszcza, gdy wszystkie domy w okolicy są do siebie podobne, światynia, którą spoglądając na mapę, potraktowałam jako punkt charakterystyczny, chyba nie istnieje, nie mam dostępu do internetu by jeszcze raz sprawdzić adres, a o mapie zapomniałam, gdy na wpół przytomna szykowałam się rano do wyjścia (mówcie co chcecie, 5 rano to środek nocy).
Po kilkunastu minutach bezskutecznego krążenia po okolicy, postanowiłam w końcu odpuścić i wrócić tu jeszcze raz, tym razem z mapą. Zrezygnowana skręciłam w uliczkę tuż koło zrujnowanej budowli porośniętej gęstymi krzakami, gdy nagle... sumo. Zawodnik znaczy się, w "stroju" treningowym, odpoczywający po niedawnej walce, jeszcze pokryty warstwą mokrego piasku. Czyli jednak nie przyjechałam na marne.
(Tak, ta ruina w krzakach to była moja światynia, mogłabym sobie jej szukać.)

Do walki, gotowi...
Start!
Który waży więcej?
Chyba wygrał?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz