Kolejność zwiedzanych przeze mnie miejsc niekoniecznie pokrywa się z przewodnikowymi wytycznymi. Coż mogę powiedzieć, zawsze lubiłam chodzić własnymi ścieżkami. Jednak, po sześciu tygodniach w Tokio uznałam, że w końcu przyszła pora na wycieczkę do Pałacu Cesarskiego.
Został on wzniesiony po II wojnie światowej, w miejscu zniszczonego zespołu zamkowego, stanowiącego niegdyś największy tego typu obiekt na świecie. Historia zamku sięga roku 1590, kiedy to szogun Tokugawa podjął decyzję o rozpoczęciu budowy. Obecnie, pałac zamieszkiwany jest przez rodzinę cesarską i udostępniany dla zwiedzających tylko dwa razy do roku: w Nowy Rok i w dzień urodzin cesarza.
Żadna z tych okazji nie przypada w najbliższym czasie, pozostało mi więc podziwianie pałacu z zewnątrz. A właściwie, to całkiem z daleka. Spokój rodziny cesarskiej nie może być przecież zakłócany przez tłumy, żądnych pamiątkowej fotki, turystów.
 |
| Pałac cesarski i most Nijubashi, dawne główne wejście do pałacu. |
Dla turystów udostępnione są natomiast pałacowe ogrody, gdzie spędziłam najbardziej upalną część dnia. W Tokio, gdy nie pada, czyli przez większość czasu, ( a przynajmniej wtedy, gdy jestem w centrum miasta), jest bardzo gorąco. Według termometru, średnia temperatura to ok 30 stopni Celsjusza, dałabym głowę, że jest jeszcze goręcej. Jeśli dodamy do tego centrum miasta zbudowane z betonu i szkła, to ucieczka do zacienionego parku czy ogrodu wydaje się jeszcze atrakcyjniejsza. W przypadku ogrodu cesarskiego to niezaprzeczalna i jedyna zaleta. Niestety nie ma co liczyć na wrażenia estetyczne, zwłaszcza w porównaniu z innymi tokijskimi parkami, które miałam okazję odwiedzić.
Na wrażenia estetyczne czas przyszedł później. Chociaż nie do końca związane były one z pięknem przyrody.
Ginza - jedna z najważniejszych dzielnic Tokio, centrum handlu, pełne domów towarówych cenionych światowych marek. Miejsce, gdzie można kupić szpilki od Christiana Louboutina, kostium Chanel czy torebkę Louis Vuitton, czyli wszystko co markowe, drogie i ekskluzywne.
 |
| Główna arteria w Ginzie. |
Nie mogłam oprzeć się pokusie zajrzenia do kilku butików, w końcu nie co dzień jestem w miejscu, gdzie, jeden przy drugim, stoją sklepy najbardziej znanych domów mody świata. Na szczęście, na większości produktów nie było podanych cen, co uchroniło mnie przed stanem przedzawałowym. Zdaję sobie sprawę, że nie stać mnie na buty od Manolo Blahnika, ale przynajmniej nie dowiedziałam się, jak bardzo.
Natomiast dla rzeczywistych klientów, to chyba nie stanowi problemu, jeżeli mogą sobie pozwolić na zakupy w Dolce &Gabbana, to nie przejmują się cenami.
 |
| Dom handlowy Seibu. |
Jednak Ginza sprawiła mi przyjemną niespodziankę. Nawet dwie.
Po pierwsze, w żadnym z tych ekskluzywnych sklepów, nikt nie zwrócił mi uwagi, że nie powinno mnie tam być. Pomimo, że ubrana w szorty i koszulkę, z aparatem w dłoni, kompletnie nie wyglądałam jak potencjalna klientka, sprzedawcy byli życzliwi. Stanowiło to miłą odmianę, zwłaszcza w odniesieniu do polskich sklepów, głównie drogerii, gdzie przestąpienie progu takowej w glanach, równa się ogonkowi złożonemu z ochroniarza i sprzedawczyni, gotowych bronić sklepowych dóbr przed zagrabieniem.
 |
| Marzenie Japonek - pierścionek zaręczynowy od Harry'ego Winstona. |
Druga niespodzianka to sklepik, gdzie można było kupić tanie i naprawdę piękne pocztówki z epoki Edo. Nie spodziewałabym się tego po dzielnicy dla najbogatszych obywateli.
 |
| Symbol Ginzy - zegar na szczycie domu towarowego Wako. |
Pamiętając, że wciąż jestem w Tokio, postanowiłam jeszcze poszukać najnowszych osiągnięć techniki. Salon ekspozycyjny Sony, był do tego celu idealny - kilka pięter wypełnionych nowoczesnym sprzętem i gadżetami jak telewizory 3D, najnowsze modele konsol, notebooków, sprzetu grającego i wielu innych, spełniłoby wymagania najbardziej wybrednego konsumenta.
 |
| Akwarium na parterze salonu Sony. |
Dopełnieniem wycieczki był spacer po centrum, podczas którego miałam okazję zobaczyć dworzec metra zbudowany w stylu europejskim, co stanowiło bardzo egzotyczny widok, w otoczeniu tych wszytkich wieżowców.
 |
| Dworzec Tokio, wzorowany na dworcu w Amsterdamie. |
Natomiast wieczorem poleciałam do Paryża. Czemu nie, w końcu to tylko kilka tysięcy kilometrów, prawda?
 |
| Prawie jak w Paryżu. |
Pamiętacie jak pisałam, że Japończycy nie potrzebują reszty świata, bo mają wszystko to samo, tylko, że lepsze? Wieżę Eiffla też mają.
Tokio Tower, zbudowana na wzór słynnej paryskiej wieży jest od niej wyższa, i szczególnie warta zobaczenia nocą, gdy rozświetlona jest tysiacami światełek.
Piękny widok. Tylko pieczywo tokijskie nijak nie przypomina francuskich bagietek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz