wtorek, 31 lipca 2012

"In the light you will find the road"

TECHNO-FRONTIERS 2013 Advanced Electronic & Mechatronic Devices and Components Exhibition. Brzmi zachęcająco? Dla mnie brzmiało. Do tego stopnia, że postanowiłam wykorzystać czterogodzinną przerwę w pracy  i choć na chwilę  zajrzeć na te targi.  Zwłaszcza, że podobno odbywały się całkiem blisko campusu uczelni. Mój informator zapomniał tylko wspomnieć, że to blisko, to w tokijskich jednostkach jest mierzone. Ale czego nie robi się dla nauki.
Centrum wystawiennicze było imponujące,  budynki z metalu i szkła, a przede wszystkim ogromna przestrzeń. Czułam się, jakbym opuściła Tokio, tak różny był otaczajacy mnie krajobraz  od tego, który znałam wcześniej.

Mechaniczny krajobraz Tokio.
W ogromnej hali znajdowały się setki wystawców oferujących najnowsze osiągnięcia nauki. Wśród wystawianego asortymentu można było znaleźć silniki elektryczne, urządzenia pomiarowe, zaawansowane roboty przemysłowe, odnawialne źródła energii, czujniki, najnowsze osiągnięcia z dziedziny materiałoznawstwa i motoryzacji i wiele innych. Znalazłam nawet robota AGV Kuka z kołami Mecanum :)

Zwiedzenie wszystkiego w ciągu jednego dnia było kompletnie niemożliwe, ale nawet ta niewielka część, jaką mogłam zobaczyć, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Bo nawet jeśli już wcześniej miałam okazję być na tego typu targach, to nigdy w Tokio, czyli samym centrum nowoczesnych technologii.

TECHNO-FRONTIER 2012

Wieczorem, dla równowagi, wybraliśmy się na Mitama Matsuri Obon Festival czyli festwal lampionów. Istotą festiwalu jest 30 000 lampionów oswietlających drogę do Yasukuni Shrine. Podczas drogi do światyni można spróbować japońskich przysmaków (znalazłam nawet ciasteczka w kształcie Pikachu), a także zobaczyć pokazy tradycyjnego tańca czy występy bębniarzy.

Lampionowe ściany.
Organizowany, w intencji zmarłych przodków, festiwal jest jednym z ulubionych festiwali Japończyków. A także kolejną okazją dla japonek, by włożyć tradycyjny strój czyli jukatę. Czemu jukatę, a nie kimono? Otóż, to jest kimono, a raczej jego specjalna letnia odmiana. Łatwiejsza do włożenia, niekrępująca ruchów i przede wszystkim dużo tańsza.
Japonki w tradycyjnych strojach.
Kilka dni temu, sama zapragnęłam taką mieć, byłaby wspaniałą pamiątką z Japonii. Razem ze znajomą wybrałam się więc na zakupy. Gdy już udało nam się znaleźć jukaty idealne, postanowiłyśmy je przymierzyć, żeby ostatecznie przekonać się o trafności wyboru. I tu spotkała nas niespodzianka, bo stroje okazały się na nas za duże. Nawet te w najmniejszym rozmiarze. Na poprawki krawieckie żadna z nas nie miała ochoty, więc zrezygnowałyśmy z zakupu. O tym jak bardzo się pomyliłyśmy , dowiedziałyśmy sie dopiero później, przyglądając się jednej z tradycyjnie ubranych japonek, która swoją jukatę miałą upiętą w zupełnie inny sposób. Okazało się, że to nie jukaty były na nas za duże, tylko my nie umiałyśmy założyć ich w poprawny sposób. Ot, dwie europejki przyzwyczajone do zamków błyskawicznych i guzików.

poniedziałek, 30 lipca 2012

"Singing to an ocean, I can hear the ocean's roar"

Pierwszym wydarzeniem, zorganizowanym przez IAESTE w ramach programu Summer 2012, była wycieczka do Kamakury czyli porośniętego lasami miasta świątyń.
Kamakura oddalona jest od Tokio o godzinę, a jakże, jazdy pociagiem. Czyli od mojego akademika o ponad 2,5h. Zupełnie jak z Łodzi do Warszawy, tylko, że tutaj nawet nie opuściłam jeszcze miasta.
I włąnie podczas takich  dłuższych podróży w Tokio, uświadamiam sobie, jak bardzo lubię moje rodzinne miasto. I jak bardzo cieszy mnie to, że w Łodzi, za każdym razem, gdy muszę spędzić w transporcie miejskim więcej niż pół godziny, rozpatruję punkt docelowy, jako położony bardzo daleko.W Tokio 30 min drogi oznacza bliziutko, prawie pod domem.
Kamakura, nawet jeśli nie jest położona zbyt blisko, zdecydowanie warta jest odwiedzenia. Ale od początku.
Z racji, że wycieczka zorganizowana została z ramienia IAESTE, liczba uczestników była bardzo duża. To dobrze, bo tego typu spotkania są doskonałą okazją do poznania większej grupy międzynarodowych studentów. Tzn. byłaby, gdyby większość naszej grupy stanowili studenci międzynarodowi. W każdym razie, w chwili obecnej w Tokio znajduje się nie więcej niż 30 studentów IAESTE, z czego większość miałąm już okazję poznać wcześniej. Czemu więc grupa była taka liczna? Bo jej większą część stanowili japońscy członkowie IAESTE, którzy, naprawdę, za punkt honoru stawiajasobie zamienienie choćby kilku zdań ze studentami z innych krajów. Dzień wypełniony był więc opowieściami o naszych krajach, zachwytami nad wszystkim co japońskie  oraz, w większości nieudanymi, próbami mówienia po japońsku.
Aby ułatwić zwiedzanie podzielono nas na mniejsze podgrupy i rozpoczął się dzień pełen wrażeń.

Pierwszy przystanek to świątynia Ankokuronji. Z tym, że do świątyni nie można wejść tak po prostu. Najpierw należy rytualnie oczyścić swoje ciało. A przynajmniej ręce i twarz, używając, specjalnie do tego celu przeznaczonych naczyń i źródlanej wody. Należy przy tym zachować odpowiednią kolejność wykonywanych czynności. Najpierw ręka prawa myje lewą, nigdy na odwrót, jeszcze bóstwo, któremu poświęcona jest świątynia, odebrałoby to jako afront i zamiast wysłuchać próśb o pomyślność, sprowadziło na nieszczęśnika wszystkie możliwe klęski.

Świątynia Ankokuronji.
Po rytualnym obmyciu można wkroczyć do świątyni, a właściwie, do jej przedsionka. Dalej dostęp mają tylko nieliczni, większość wiernych pozostaje tuż przy wejściu i to tutaj właśnie należy się modlić. Chociaż modlitwa, to może złe określenie, bardziej adekwatnym byłaby prośba. Japończycy proszą swoich bogów o spełnienie życzeń, jednak bóstwa nie są bezinteresowne, żeby zostać wysłuchanym, należy okazać im szacunek i zapłacić.
Pieniądz rządzi światem, więc od niego zaczynamy. Opłata za życzenie wynosi 5 jenów i pobierana jest wyłącznie w monetach o tym nominale. Pięciojenówki to jedyne z japońskich monet, na których wartość zapisana jest w kanji, a sama moneta przynosi szczęście. Należy więc wrzucić ją do specjalnej skrzyni. Następnie uznajemy wyższość bóstwa nad sobą. Jesteśmy w Japonii, szacunek okazujemy poprzez ukłon, kłaniamy się więc dwa razy. Następnie należy dwa razy klasnąć w dłonie. Po co? Tego nie wiem, ale podejrzewam, że chodzi o wyrwanie danego bóstwa z drzemki, w razie, gdyby opieszałość w wykonywaniu poprzednich czynności je uśpiła. Po skupieniu na sobie uwagi mieszkańca światyni nalezy pomyśleć życzenie, Na koniec należy skłonić się jeszcze raz, by podziękować za wysłuchanie prośby i mieć nadzieję, że bóstwo okaże się łaskawe. Jednak to nie złota rybka, proszenie o szczęśliwe liczby w totolotku jest bezcelowe, uwierzcie, próbowałam.

Następnie mieliśmy okazję spróbować prawdziwej, japońskiej, zielonej herbaty. Takiej naprawdę zielonej. I bardzo mocnej. I gorzkiej. Z tym, że zielonej herbaty nie wolno słodzić, bo to by zniszczyło jej smak. Z drugiej strony jednak, nikt nie jest w stanie, tak po prostu jej wypić, więc do herbaty podaje się specjalne cukrowe kulki, które należy spożyć  przed wypiciem herbaty aby zniwelować jej smak. Czy tylko ja nie rozumiem logiki tego postępowania? Chociaż może powinam, w końcu to polska umiejętność, by obejść reguły tak, by jednocześnie, oficjalnie się do nich stosować. Może w sposobie picia japońskiej herbaty też maczali palce Polacy?
Prawdziwie zielona herbata.
Kolejnym punktem wycieczki był posąg Wielkiego Buddy (Daibutsu) czyli najsłynniejszy obiekt Kamaury. Kiedyś znajdował się on wewnątrz świątyni, ale została ona zniszczona przez tsunami. Posąg jednak ocalał i stoi obecnie na świeżym powietrzu ,a jego wnętrze można zwiedzać.
Wielki Budda.

Do zwiedzenia pozostała już tylko Kaplica Hachimangu. Mieliśmy szczęście, bo w kaplicy akurat odbywał się ślub. Mogliśmy więc zobaczyć ceremonię oraz żmudny proces ubierania panny młodej w ślubne kimono, które jakkolwiek piękne i bogato zdobione by nie było do najwygodniejszych strojów nie należy. Panna młoda ledwo może się w nim swobodnie poruszać, nie ma mowy o zmianie decyzji w ostatniej chwili i ucieczce sprzed ołtarza.
Japońska Młoda Para.

Na koniec zajrzeliśmy jeszcze na bazar, gdzie można było zakupić pamiątki i spróbować lokalnych przysmaków.

Czy wspominałam, że Kamakura położona jest tuż nad oceanem? Wobec tego, grzechem byłoby, będąc tak blisko, choć na chwilę nie zajrzeć na plażę. Wraz z kilkorgiem studentów, postanowiłam więc poszerzyć program wycieczki o zachód słońca nad oceanem. Wrażenia? Niezwykłe.
Pomimo, że nie jestem wielką fanką akwenów wodnych, bezmiar oceanu zrobił na mnie wrażenie. Plaża - mniejsze. Jeszcze w żadnym kraju nie spotkałam plaż równie pięknych jak w Polsce, z miękkim, żółtym piaskiem. W Japonii także nie, piasek jest szary, wulkaniczny, a plaża nie wygląda atrakcyjnie. Nawet jeśli braki te rekompensowane są przez naprawdę ciepłą wodę.

Nad oceanem.
Mimo to, wieczór nad oceanem był idealnym dopełnieniem wycieczki. Szkoda tylko, że koszty podróży są zbyt wysokie, by można było w ten sposób spędzać chociaż weekendy.

sobota, 28 lipca 2012

"Just watch the fireworks"


Nie samą pracą student żyje, szczególnie gdy jest w Tokio.
Dwa dni temu, wybrałam się  wraz z kilkoma studentami  IAESTE do Roppongi w poszukiwaniu rozrywki. Roppongi to muzyczne i klubowe centrum Tokio,  każdy kto chce się dobrze bawić, znajdzie tu coś dla siebie. Nawet jeśli nie ma sprecyzowanego pomysłu na spędzenie wieczoru. Wystarczy przejść się główna ulicą, a propozycje pojawią się samoistnie, za pomocy naganiaczy, mających za zadanie  sprowadzić do klubu jak największą liczbę ludzi i przy okazji, zmotywować ich, do wydania w klubie, możliwie największej kwoty.
My, jako studenci, na nadmiar gotówki nie cierpieliśmy, więc o wyborze decydowały nie piękne słowa, a opłata za wstęp do klubu, a właściwie jej brak. Trafiliśmy więc do jednego z popularniejszych miejsc w Tokio. Naprawdę zatłoczonego klubu. Chwilami czułam się jak na koncercie rockowym, tyle razy ktoś nadepnął mi na stopę. Z tą różnicą, że na koncerty zwykłam zakładać glany, a nie szpilki.  Ale muzyka była dobra, towarzystwo również, bawiliśmy się świetnie, kto by się przejmował zmiażdżonym palcem. Lub dwoma.
Wyjście zaliczam więc do tych udanych, jednak, mimo wszystko, obyło się bez fajerwerków.

Fajerwerki były dopiero później. Konkretnie wczoraj,  na Sumida River Fireworks Festival. Jest to największy pokaz fajerwerków w Tokio, przyciągający tysiące zainteresowanych.
Japończycy naprawdę lubią fajerwerki. Po raz pierwszy od chwili gdy tu przyjechałam, widziałam emocje na ich twarzach, śmiali się, bili brawo, naprawdę przeżywali każdy kolejny wystrzał. 


Sam festiwal był jak jeden wielki piknik. Tłumy turystów i japończyków ubranych w tradycyjne jukaty zajmowały każdy centymetr wolnego miejsca nad brzegiem rzeki, już od południa oczekując na pokaz. A warto było czekać. Wieczorem niebo wypełniły,  układające się w coraz to bardziej fantazyjne wzory, wielokolorowe iskry, a wszędzie słychać było  huk wystrzałów.
Trwajace półtorej godziny show było niesamowite. Nawet jeśli było to tylko fajerwerki. A może aż?



piątek, 27 lipca 2012

"So if you offer this challenge"


Jak wygląda praca na uczelni w Tokio? Zupełnie inaczej niż w Polsce. 
Interesujące było już pierwsze spotkanie z profesorem Suga, który zapytał mnie, co własciwie chciałabym tutaj robić. Nie byłam przygotowana na takie pytanie, spodziewałam się wyznaczonych, konkretnych zadań. W końcu to oferta pracy, powinnam okazać się przydatna i warta wypłacanego mi uposażenia. Otóż nie. Udział w badaniach na UT to  nie obowiązki, a szansa. Szansa na doskonalenie siebie i pogłębianie wiedzy z interesującej dziedziny.
Czy ja już wspominałam, że jako inżynier automatyk, do tej pory nie miałam za wiele wspólnego z zakresem badań laboratorium, w którym pracuję? Czyli z samodzielnie prowadzonych badań nici.
Pozostało więc zdobywanie wiedzy.
Tutaj pomocni okazali się japońscy wykładowcy, którzy bardzo serdecznie zajęli się nami, obcokrajowcami, tworząc harmonogram działań składający się z zagadnień kluczowych dla pracy laboratorium oraz studenci, któzy pokazując doświadczenia i tłumacząc niezrozumiałe zagadnienia, pozwalają na czynny udział w badaniach.
Pierwsza wizyta w laboratorium i kolejne zaskoczenie. Bo jak to, studenci korzystają z aparatury sami? Bez nadzoru,  wspomagając się jedynie z dostępnymi instrukcjami? Mogą wejść do laboratorium kiedy tylko przyjdzie im na to ochota? Samodzielnie obsługuję sprzęt warty setki tysięcy euro? (Wcale nie żartuję, prodczas jednego z doświadczeń, zostałam uprzedzona, by ostrożnie korzystać z matrycy, bo jej koszt to jakieś  90 000 euro. A to było tylko matryca.)
Na wyposażeniu laboratorium jest sprzęt, o jakim moja uczelnia może tylko pomarzyć. A mimo to, wykładowcy podchodzą z zaufaniem do studentów, pozwalając im na samodzielną naukę i nawet popełnianie błędów.
Warto też wspomnieć o samych laboratoriach, bo to dla mnie kolejna nowość. Przeprowadzane doświadczenia wymagają nieskazitelnych powierzchni próbek, bez żadnych zanieczyszczeń. Aby uzyskać taki efekt, prace prowadzi się w clean room, czyli specjalnym pomieszczeniu, gdzie wstęp ma się tylko po przywdzianiu odpowiedniego ubioru i wzięciu prysznica... powietrznego.

Kombinezon wymagany w najczystszym z clean room.



wtorek, 24 lipca 2012

"Riding on the Metro"


Nie mogę uwierzyć, że spędziłam w Tokio już dwa tygodnie.  Tyle się tutaj dzieje, kompletnie nie mam czasu na regularne pisanie notek na bloga. Praca, poznawanie nowych miejsc i nowych ludzi  pochłania mnóstwo czasu.  Nawet sen nie jest juz dłużej priorytetem, a jedynie  dobrem luksusowym. Zaczynam powoli rozumieć japończyków, którzy zawsze drzemią w metrze. Niestety dalej zagadką pozostaje, jakim cudem, nawet gdy śpią, wiedzą na której stacji wysiąść. Ale może  ta wiedza dostępna jest jedynie tubylcom, a cała reszta świata skazana jest na spędzanie w pociągu następnej godziny, po tym, jak kolejny raz przegapili stację.
Piszę następnej godziny, bo tutaj czas spędzany w metrze trudno liczyć inaczej. Jak na metropolię przystało, Tokio ma bardzo rozbudowaną sieć  komunikacji miejskiej więc znalezienie korzystnego połączenia nie jest trudne. Mimo wszystko ogromne odległości pomiędzy miejscami wartymi odwiedzenia sprawiają, że nawet najlepiej zaplanowana trasa , to co najmniej 45 min spędzone w pociągu. A wcześniej jeszcze trzeba trafić do centrum, co wcale nie jest takie oczywiste, zwłaszcza, gdy mieszka się jak ja, na kompletnym końcu świata. I ma do dyspozycji, co prawda tylko jedną linię metra, ale za to taką, która rozdziela się na sześć osobnych, o różnych stopniach przyspieszenia, oznakowanych różnymi kolorami. Tzn. jeżeli kolejne odcienie niebieskiego i żółtego można nazwać różnymi kolorami.  
Codziennie, już od rana, budzi się we mnie instynkt łowcy. Z niecierpliwością wypatruję pociągu, próbując już z daleka dostrzec jakiego koloru jest dana linia. Jeżeli jest błękitna, to uda mi się dotrzeć do pracy na czas, jeżeli kobaltowa, to nawet nie muszę się spieszyć, bo pociąg i tak nie zatrzyma się na mojej stacji, natomiast jeśli jest w odcieniu gołębim, to owszem, dojadę w porządane miejsce, ale o punktualności mogę tylko pomarzyć, lokalna linia porusza się z prędkością nie gołębia, a żółwia.
Jednak dostrzeżenie odpowiedniej tabliczki na wagonie wcale jeszcze nie gwarantuje powodzenia podróży. Co drugi pociąg ma kompletnie inną stację końcową.  Część na wydłużoną trasę o kilkanaście przystanków, część nagle skręca gdzieś w bok. Muszę więc pamiętać, czy mój przystanek  znajduje się na trasie danego pociągu, wystarczy chwila nieuwagi  i mogę znaleźć się zupełnie gdzieś indziej niż bym chciała. Aż dziwne, że do tej pory jeszcze nie mam w nocy  koszmarów z metrem w roli głównej, siatka połączeń jest poplątana, niczym pajęczyna.
Jestem więc w pociągu, oznakowanym odpowiednim kolorem, z odpowiednią stacją docelową, ale to wciąż nie koniec przygód. Tokijskie metro naprawdę dba o wysoki poziom adrenaliny u podróżnych. Otóż niektóre linie ze sobą się łaczą. Nawet jeśli próźno ich szukać w oficjalnym rozkładzie jazdy. I tak oto dojeżdzam do centrum, korzystając z pociągu, który jedzie kompletnie inną trasą niż powinien, bo w połowie drogi linia zmieniła się w inną, kompletnie innej firmy, o kompletnie innym kolorze i nazwie. Mocne wrażenia od samego rana. I jak tu nie kochać tokijskiego metra?

Bramki na jednej ze stacji.



poniedziałek, 23 lipca 2012

"Doch der Haifisch lebt im Wasser"


Czym byłby pobyt w Japoni bez skosztowania prawdziwego japońskiego sushi?
Zwłaszcza, że niedawno poznałam prawdziwą koneserkę tego dania.
W Tokio najlepsze sushi można dostać nas Tsukuijishijo, tuż koło targu rybnego, a targ ten, czyli Tsukuji Market, to jedno z miejsc w Tokio, które po prostu trzeba zobaczyć.
Targ najlepiej zwiedzać o 4 rano, kiedy to odbywają się aukcje tuńczyków. Niestety jest to prawie niemożliwe, ze względu na kompletny brak transportu nocnego w Tokio. Pierwsze pociągi wyruszają ok  5 rano, więc o ile ktoś nie chce nocować na stacji metra, dojazd na targ jest praktycznie niemożliwy.

Dygresja:
To kolejna zadziwiająca rzecz - w metropolii liczącej sobie ponad 30 mln mieszkańców, ostatnie pociągi odjeżdżają ok. północy,  następny kurs jest dopiero wczesnym rankiem. Można więc pomyśleć, że japończycy potrafią imprezować, w końcu jak się bawić to do samego rana. Nie w Tokio. Tutaj większość imprez kończy się przed północą, tak by możliwy był powrót do domu ostatnim pociągiem. Dla opieszałych pozostaje poczekać do rana w sklepie z mangą - te zawsze są otwarte i wielu japończyków tak właśnie spędza noce ,  siedząc w sklepie i czytając mangę.
Koniec dygresji.

My postanowiłyśmy pojechać na targ ok. 7 rano i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że o tej porze Tsukuiji Market jest zamknięty dla turystów. Po porannych aukcjach tuńczyków, dopiero ok 9.00 wpuszczane są grupy zwiedzających. 
Ale Polak potrafi, a dwie Polki tym bardziej :). Zwłaszcza wtedy, gdy obie wychodzą z złożenia, że jeżeli czegoś nie da się zrobić, to trzeba zrobić tak, żeby się dało.  W końcu nikt nie powiedział, że koniecznie musimy korzystać z wejścia od frontu.  Ale dość o łamaniu japońskiego prawa, wróćmy do ryb.
Tsukuiji Market
Na tym, oficjalnym tokijskim targu hurtowym, można dostać dosłownie wszystko. W hali piętrzą się olbrzymie tuńczyki, owoce morza wszelkiego rodzaju i do tego całe mnóstwo ryb, których nazw nawet nie znam.  Część ryb oprawiana jest na miejscu, część jest tylko wywożona na miejsce przeznaczenia w ogromnych skrzyniach.
Rybi oprawcy.
Aż trudno poruszać się w zatłoczonych alejkach, pełnych wciąż ociekających wodą ryb, wśród porannego pośpiechu i gwaru. 
Macki, macki wszędzie.
Po wizycie na targu, postanowiłyśmy skosztować sushi. Dla mnie było to pierwsze doświadczenie z surowymi rybami. I podobno, jeżeli choć raz spróbuje się prawdziwego sushi w Japonii, to już żadne inne nie będzie smakować równie dobrze. Czyżby pierwszy raz miał być zarazem ostatnim? Mam nadzieję, że nie, bo pomimo początkowego sceptycznego podejścia, muszę przyznać, że danie mi smakowało. Nawet jeśli, w przeciwieństwie do mojej znajomej, kompletnie nie odróżniam halibuta od makreli.

Maki i sashimi.



czwartek, 19 lipca 2012

"If I came back as a dolphin"


Po całym dniu ciężkiej pracy w laboratorium, postanowiliśmy odpocząć, zdala od zgiełku miasta, wśród fauny i flory. Niestety, w centrum Tokio, o faunę ciężko, jeśli nie liczyć kruków, które podobno czasami atakują ludzi. I są  ogromne, serio. Postanowiliśmy więc poszukać bardziej przyjaznych stworzeń,  związku z czym, wybraliśmy się do oceanarium. W końcu delfiny są przyjazne. Czasami aż za bardzo, zwłaszcza, gdy w trosce o dobre samopoczucie ludzi w trakcie upałów, postanawiają schłodzić ich zimnym prysznicem.
Na szczęście mój aparat przeżył spotkanie z zimną wodą z basenu, i udało mi się uwiecznić na zdjęciach kilka z delfinich popisowych sztuczek.

Wśród delfinów.

Foki zachwyciły mnie umiejętnościami piłkarskimi. Gdyby tylko nasi piłkarze tak dobrze panowali nad piłką jak one, wygraną na Euro mielibyśmy w kieszeni.
Nowy gracz naszej reprezentacji.

W oceanarium były też oczywiście akwaria. Właściwie całe oceanarium było jak jedno wielkie akwarium, z podwodnymi  tunelami dla zwiedzających. Egzotyczne ryby, ogromne kraby i inne morskie stworzenia otaczały nas ze wszystkich stron.
Mieszkańcy akwarium.
Skręciliśmy w kolejną podwodną alejkę i poczuliśmy się jak bohaterowie Happy Feet.  Pingwiny.  Najróżniejszych ras i rozmiarów. W dodatku, mieliśmy szczęście i trafiliśmy akurat na porę karmienia. Mogliśmy więc zobaczyć prawdziwe pingwinie indywidualności, od nieśmiałych osobników czekających, aż pokarm znajdzie się w ich pobliżu, po odważne jednostki, śmiało wyciągających dzioby  po pożywienie.
Tupot małych stóp.

I oczywiście, te najbardziej zdeterminowane pingwiny wygrywały, jako jedyne nie musiały walczyć o pożywienie. Może więc w pingwinim świecie jest tak samo jak w ludzkim i to do do odważnych świat należy? 

wtorek, 17 lipca 2012

"Give into the night"

Jaka jest jedna z pierwszych rzeczy, jaką robi robotyk po przyjeździe do Japonii?
Zwiedza centrum i  podziwia pałac cesarski? Nie.
Idzie zobaczyć Akihabarę. Dwa razy.
Akihabara to dzielnica elektroniki, gdzie można kupić wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne , od lampek choinkowych, po chipy najnowszej genereacji. I rzeczywiście jest tu wszystko, wystarczy odwiedzić jeden z gigantycznych, wielopoziomowych  sklepów. Ale o tym przekonałam się dopiero przy drugiej wizycie.
Znajomość z Akihabarą zaczęłam nietypowo, bo nocą. Niestety w Japonii bardzo szybko robi się ciemno, już ok. 19 zapada zmierzch, a o 21 jest całkiem ciemno. Zatem wychodząc z uczelni po 18 nie zostaje zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Mimo wszystko postanowiliśmy spróbować.
Cel - Akihabara.
Akihabara nocą.

Powitały nas zamknięte sklepy. I otwarte salony gier. Pamiętacie jeszcze automaty do gier, kilkanaście  lat temu oblegane przez tłumy dzieciaków? To wyobraźcie sobie te maszyny, tylko jakieś 50 razy nowocześniejsze a wielkość standardowego saloniku gier pomnóżcie przez 100. Wynik, to salon gier w Tokio, tzn. jedno piętro salonu, a pięter jest, z reguły, conajmniej 5. A w otoczeniu setek automatów, japończycy. Dorośli ludzie, ubrani w garnitury, siedzą przed maszynami i grają w pachinco. Byłam zdumiona, jak oni w ogóle mogą myśleć w tym hałasie, wśród migających świateł. Ale mogą, i prawdopodobnie świetnie się bawią. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo japończycy nie okazują emocji. W ogóle. Niezależnie od sytuacji.
Parter salonu gier.

Gry nie wydały nam się do końca interesujące, ale za to sklep muzyczny już tak. Warto było zobaczyć ekskluzywne wydania najlepszych albumów, kompletnie niedostępne w Polsce. Oczywiście z okładkami opisanymi po japońsku. Liczyłam na koszulki z nazwami zespołów zapisanymi Katakaną, ale te, o dziwo, japończycy postanowili zostawić w spokoju i nie róźniły się od europejskich. Dlaczego? Przecież oni wszystko mają dostosowane do swoich potrzeb, nawet europejskie auta, wcale nie są europejskie, tylko zmodyfikowane tak, by bardziej pasoway do japońskiego stylu życia.

Wejście do sklepu muzycznego.

Dwa dni później, zawitaliśmy na Akihabarę po raz drugi, tym razem w ciągu dnia.  To zupełnie inne miejsce. Przede wszystkim na dworze wciąż było jasno, a sklepy były otwarte :)

Akihabara za dnia.
Zajrzeliśmy do największego ze sklepów elektroniką. No dobrze, może nie zajrzeliśmy, a spędziliśmy tam ponad godzinę, kilka razy gubiąc się wśród regałów. Wybór sprzętu jest ogromny, nasze polskie sklepy w porównaniu do japońskich wyglądają jak osiedlowe sklepiki przy wielkich hipermarketach.
Oprócz elektroniki, Akihabara słynie też ze sklepów ze sprzętem muzycznym. Ale próżno tam szukać gitar Fendera czy Gibsona. Za to Yamacha, dostępna jest w kilkudziesięciu modelach, oprócz niej kilka innych japońskich marek, których nazw nawet nie potrafię wymówić. Ot, japońskie gitary dla japończyków. Jak wszystko tutaj. Japończycy naprawdę nie potrzebują do życia reszty świata. Mają swoje wyspy, swój przemysł, swoją kulturę, zwyczaje i wyroby, a nas, europejczyków, traktują trochę jak egzotyczne okazy, które przypadkiem wpadły do tego japońskiego, zamkniętego świata. I którym trzeba zadać nieśmiertelne pytanie: "What do you think about Japan?"

wtorek, 10 lipca 2012

"Big in Japan"


W niedzielę, postanowiłam pozwiedzać okolicę. Sama, żeby móc w pełni chłonąć azjatyckość miejsca. W ramach oswajania metra wybrałam się do dzielnicy Ikebukuro, gdzie znajduje się, drugi co do natężenia ruchu ludzi, dworzec metra w Tokio. I rzeczywiście, tłum nieprzerwanie pędzi, każdy w swoją stronę, do tego stopnia, że zmiana kierunku jest trudna, trzeba szukać luk między przechodniami, bo nikt ani mysli się zatrzymać.
Wejście na stację Ikebukuro.

Ikebukuro jest to też dzielnica sklepikarzy i domów handlowych. Jednak nie mają one nic wspólnego z polskimi marketami. Po drodze natknęłąm się na trzy wielkie sklepy rtv/ agd, każdy po ok 7 pięter, a na każdym piętrze, ogromna powierzchnia sklepu wypełniona najróżniejszym asortymentem. Wybór ogromny, samych myszek do komputerów cztery alejki i kilkadziesiąt modeli, niestety ceny wysokie.
Oprócz tego całe mnóstwo mniejszych sklepików, praktycznie ze wszystkim,  kosmetyki, gadżety, gitary:), ubrania, i oczywiście, na każdym kroku, telefony komórkowe. Co tylko można  chcieć kupić, to na pewno tutaj jest.
Jeden z domów handlowych.

W Ikebukuro trafiłam też do gigantycznego centrum handlowo-rozrywkowego Sunshine City. Ale tym razem moim celem nie były sklepy, a taras widokowy, mieszczący się na 60 piętrze wieżowca. Winda mknie z prędkością 600m/min, więc na szczycie, czyli wysokości 250m, jest się po kilkunastu sekundach. Z tarasu można zobaczyć panoramę całego Tokio, wrażenie jest niesamowite. Zanim w pełni nacieszyłam się widokiem, zrobiło się ciemno. Mogłam więc podziwiać Tokio także nocą. 
Tokio za dnia.


Tokio nocą.
Warto wspomnieć też kilka słów, o zabudowie miasta. W Tokio jest się otoczonym przez wieżowce. Do tego stopnia, że nie tylko niemożliwym jest dostrzeżenie linii horyzontu, ale także ciężko dostrzec położenie słońca. Przekonałam się o tym, gdy próbowałam zlokalizować Sunchine City, a w moim przewodniku jedyną informacją było, że znajduje się ono we wschodniej części miasta. No dobrze, tylko gdzie jest wschód? Chyba powinnam zainwestować w GPS, albo przynajmniej w kompas.

Więc Big in Japan? I tak i nie. Tak, bo większość Japończyków jest mojego wzrostu i wreszcie nie muszę zadzierać głowy do góry gdy z kimś rozmawiam.
Nie, bo wieżowce, bramy, zwyczajne domy, wszystko inne poza samymi Japończykami, jest ogromne.

"We don't need no education"

Kilka słów na temat celu mojego przyjazdu do Japonii, a przynajmniej oficjalnej przyczyny :)
W ramach programu IAESTE mam możliwość odbycia dwumiesięcznych praktyk na University of Tokio. W trakcie tych dwóch miesięcy, będę uczestniczyć w badaniach na temat procesu łączenia układów półprzewodników w temperaturze pokojowej, co stanowi isotny element technologii 3D IC, prowadzonych w Department of Precision Engineering, w Microsystem Integration Packaging Laboratory.
Poznałam już  profesora Tadatomo Suga, który kieruje laboratorium, a tekże grupę japońskich studentów zajmujących się badaniami. Zapoznałam się też z kampusem uniwersytetu, tzn. z jednym z kampusów. Dział inżynieryjny, na który będę uczęszczać to Hongo, niedaleko położone są  Nakano i Shirokane, nieco dalej Komaba.
Już samo wejście na teren uniwersytetu robi wrażenie. Ogromna brama prowadzi na rozległy teren, gdzie budynki uniwersyteckie otoczone są zielenią, a dookoła rosną drzewa, dające przyjemny cień.
Brama prowadząca na uniwersytet.
W centrum kampusu znajduje się wieża zegarowa, dookoła której skupione jest życie akademickie.
Wieża zegarowa.
W przerwach pomiędzy nauką, studenci odpoczywają na trawnikach, grają w rozmaite gry, lub po prostu spacerują po alejkach. Możnaby pomyśleć, ze to park, gdyby nie uniwersyteckie budynki dookoła. I rowery.
Jeden z wielu parkingów rowerowych na terenie kampusu.

W Tokio jest ogromna ilość rowerów. Na samym kampusie uniwersytetu, zauważyłam kilkanaście parkingów rowerowych, w mieście jest ich jeszcze więcej. Co ciekawe, nikt tutaj nie boi się kradzieży, większość rowerów jest zostawiana bez żadnego zabezpieczenia. A kultura jazdy? Jak w domu :)
Ścieżek rowerowych jest mało (jak u nas), a jeśli są, to nikt się nimi nie przejmuje, przechodnie chodzą po ścieżce (jak u nas),  a rowery jeżdzą chodnikiem (jak u nas). Rożnica polega na tym, że tutaj nikt nie złości się na rowerzystę, że wymusza pierwszeństwo na chodniku, ani nie krzyczy na przechodnia, który skrócił sobie drogę, idąc ścieżką rowerową.
Oznakowanie ścieżki rowerowej.



niedziela, 8 lipca 2012

"I'm an alien, I'm a legal alien,
I'm a polish woman in Japan"


Tokio przywitało mnie... deszczem?!

A to dlatego, że w Japonii istnieją nie cztery pory roku, a pięć. Pomiędzy wiosną, a latem jest jeszcze pora deszczowa zwana tsuyu-iri. Trwa od początku czerwca do drugiej połowy lipca i charakteryzuje się wysoką wilgotnością powietrza oraz obfitymi opadami deszczu. Na szczęście już się kończy, ale mimo wszystko, moje pierwsze wrażenia z Japonii są niezapomniane, spodziewałam się palącego słońca, a w zamian dostałam ulewne deszcze.
Spacer w deszczu.
Pomimo wcześniejszych obaw, bez trudu dotarłam na miejsce spotkania z Yuki. Po zapoznaniu z nią i jej przyjaciółmi z IAESTE, wybraliśmy się do centrum, by kupić produkt pierwszej potrzeby, czyli telefon komórkowy z japońskim numerem. W Japonii nie da się przeżyć bez komórki. A przynajmniej takie odnoszę wrażenie, obserwując ludzi w metrze. Po wejściu do wagonu, większość z nich wyciąga telefony i zapamiętale stuka w klawisze/ekran?. Zupełnie jakby kontakt z telefonem podtrzymywał ich funkcje życiowe. A co jeśli rozładuje się bateria? Reanimacja potrzebna będzie nie tylko komórce, ale także właścicielowi? Ci pasażerowie, którzy nie korzystają w metrze z telefonu, zapadają w drzemkę, czyżby tryb oszczędzania energii?
Pierwsze spotkanie z Japończykami.
Następnie Yuki zabrała mnie do mojego nowego mieszkania. Przez najbliższe 2 miesiące mieszkać będę w żeńskim akademiku, a mój nowy adres to 3-5-18 Shakujiidai, Nerima-ku, Tōkyō-to, Japonia.
Mój akademik.
Powitana zostałam przez właściciela, który mówi wyłącznie po japońsku. Ja japońskiego nie znam w ogóle. Może poza kilkoma zwrotami grzecznościowymi. Jeżeli w pobliżu nie ma żadnej z mieszkanek akademika, władającej zarówno angielskim jak i japońskim, porozumiewamy się na migi. Do tej pory, o dziwo, z sukcesem.
Tabliczka na drzwiach mojego pokoju, z moim imieniem i nazwiskiem zapisanym Katakaną.
Poza mną mieszkankami akademika są głownie azjatki, do tej pory poznałam trzy japonki i chinkę. Odebrałam też pierwszą lekcję jedzenia pałeczkami, bo okazało się, że do tej pory robiłam to niepoprawnie.

Jutro czeka mnie pierwsze spotkanie z pracodawcą, w najbliższych dniach mam nadzieję poznać też innych studentów IAESTE.

Zapowiadają się interesujące dwa miesiące.

sobota, 7 lipca 2012

"Fly, on your way, like an eagle
Fly as high as the Sun
On your way, like an eagle
Fly, touch the Sun"

No tak. Prawie udało mi się spóźnić na samolot. Na szczęście tylko prawie, w samą porę zorientowałam się, że wylot mam o jednak godzinę wcześniej. Pozostaje mi dziękować tacie za dociekliwość i sprawdzenie czy aby na pewno wiem gdzie, kiedy i po co jadę.
Na lotnisku w Warszawie obyło się bez większych niespodzianek, ostatnie pożegnania, potem odprawa. Po chwili  siedziałam już w samolocie do Wiednia. Pierwszy raz sama. Bez rodziców. Bez przyjaciół. Nie boje się latać, nigdy się nie bałam.  Ale  jednak , lecę sama. Nie, absolutnie niczego się nie boję, do Wiednia tylko 1,5 h lotu. I tak sobie powtarzałam, że przecież wszystko jest w porządku, aż do chwili, gdy samolotem po raz pierwszy zatrzęsło. Spokojnie, to tylko turbulencje. Tylko.  Łatwo powiedzieć.  Gdy samolot zaczął obniżać lot, mój niepokój tylko się wzmógł. Przecież lądować powinniśmy dopiero za 45 minut, jest za wcześnie, na pewno coś się stało. Rozbijemy się czy tylko zatrzymamy gdzieś na polu, między pszenicą a rzepakiem.?
I gdy już zrobiłam rachunek sumienia, a całe życie przeleciało mi przed oczami, usłyszałam "Herzlisch Willkommen in Wien".
Czyli jednak przeżyję.
Po prostu przylecieliśmy wcześniej.
W drodze do Wiednia.

W Wiedniu , najpierw spacer po strefie wolnocłowej. Ledwo oparłam się pokusie zakupu torebki Louis Vitton i okularów od Prady, które pewnie poważnie nadszarpnęłyby moim, dość ograniczonym, budżetem. Szkoda, że jednak nie dałam się namówić na kartę kredytową, którą ostatnio tak zachwalała mi pani w banku. Byłaby jak znalazł. A tak, pozostało mi kupić czekoladę na pocieszenie. Dobrze, że chociaż słodycze pozostają w zasięgu studenckiej kieszeni.
Potem przesiadka na drugi samolot, już bezpośredni do Tokio. Większość pasażerów to Japończycy, do posiłku podano pałeczki, w samolotowym sklepiku wolnocłowym królują gadżety z Hello Kitty, powoli zaczyna robić się orientalnie.

Z dziewczyną która ma być moją przewodniczką po Japonii, mam się spotkać na stacji Nippori, odległej od lotniska Narita, na którym mam wylądować, o jakieś 75 min drogi. Drogi pociągiem, co przy prędkościach japońskich kolei daje ponad 300 km. Czemu nie na lotnisku? Czyżby IAESTE zamierzało poza zwiększeniem mojej wiedzy akademickiej także poprawić moją orientację w terenie i umiejętności organizacyjne? A może, wymaganiem wstępnym w ofercie praktyk, było zamiłowanie do survivalu, a ja po prostu to przeoczyłam?




czwartek, 5 lipca 2012

"6...5...one chance to stay alive
4...3...but i can hardly breathe
countdown to insanity
goodbye reality
2...1...tic toc
let's go!"

Przygotowania wcale nie były łatwe. Najpierw nieśmiało spoglądałam w przepaść przede mną, zastanawiając się, czy podołam wyzwaniu.


Wciąż z niedowierzaniem patrzę na zaproszenie do Japonii leżące na biurku. Gdy zgłaszałam chęć uczestnictwa w praktykach IAESTE, nie marzyłam nawet , że uda mi się zdobyć ofertę do tak egzotycznego miejsca. 
Gdy dowiedziałam się, że mogę jechać do Tokio, nie wahałam się ani chwili. Może, to jedyna taka szansa w życiu?

 Potem  ostrożnie badałam stopą grunt, czy nie jest zbyt grząski i umożliwia swobodne wybicie się


Po potwierdzeniu zakwalifikowania na praktyki, pozostało już tylko pozałatwiać formalności w kraju. Tylko?    
 Łatwo powiedzieć, sam wybór biletu na lot, który nie wymagałby spędzenie ode mnie doby na różnych lotniskach, a jego koszt mieściłby się w granicach rozsądku wymagał  wiele zachodu. A to był dopiero początek.
Nawiązałam też pierwszy kontakty z Japończykami. Drogą elektroniczną. Ale już czytając te meile mogłam poczuć charakterystyczny klimat Japonii. Prawie jakbym stała się bohaterką anime (zauważyliście, że w anime większość Japonek nie mówi, a krzyczy? W rzeczywistości chyba też tak jest, nawet meile pełne są wykrzykników, jakby ich autorka podchodziła z niegasnącym entuzjazmem do wszystkiego, nawet picia herbaty.)

Aż przyszedł czas by wziąć głęboki oddech, zamknąć oczy, i zrobić krok do przodu, by lecieć na spotkanie przygody.

Podobno praktyki z IAESTE są niezapomniane. Wakacje życia. Już nie mogę się doczekać, by osobiście się o tym przekonać.
Ale najpierw trzeba się spakować. I pamiętać zabrać ze sobą paszport. I postarać nie spóźnić się na samolot.      





środa, 4 lipca 2012

You'll never learn to fly now
Until you're standing at the cliff

Kto z nas nie marzył, by nauczyć się latać?  Wzbić się pod niebo, patrzeć z góry na świat i ludzi. Czuć ciepłe promienie słońca  i powiew wiatru we włosach.  I cieszyć się nieograniczoną niczym przestrzenią i ogromem możliwości jakie daje lot. Jedyne czego potrzeba to odwaga, by skoczyć w przepaść. I wiara, by polecieć.