Pierwszym wydarzeniem, zorganizowanym przez IAESTE w ramach programu Summer 2012, była wycieczka do Kamakury czyli porośniętego lasami miasta świątyń.
Kamakura oddalona jest od Tokio o godzinę, a jakże, jazdy pociagiem. Czyli od mojego akademika o ponad 2,5h. Zupełnie jak z Łodzi do Warszawy, tylko, że tutaj nawet nie opuściłam jeszcze miasta.
I włąnie podczas takich dłuższych podróży w Tokio, uświadamiam sobie, jak bardzo lubię moje rodzinne miasto. I jak bardzo cieszy mnie to, że w Łodzi, za każdym razem, gdy muszę spędzić w transporcie miejskim więcej niż pół godziny, rozpatruję punkt docelowy, jako położony bardzo daleko.W Tokio 30 min drogi oznacza bliziutko, prawie pod domem.
Kamakura, nawet jeśli nie jest położona zbyt blisko, zdecydowanie warta jest odwiedzenia. Ale od początku.
Z racji, że wycieczka zorganizowana została z ramienia IAESTE, liczba uczestników była bardzo duża. To dobrze, bo tego typu spotkania są doskonałą okazją do poznania większej grupy międzynarodowych studentów. Tzn. byłaby, gdyby większość naszej grupy stanowili studenci międzynarodowi. W każdym razie, w chwili obecnej w Tokio znajduje się nie więcej niż 30 studentów IAESTE, z czego większość miałąm już okazję poznać wcześniej. Czemu więc grupa była taka liczna? Bo jej większą część stanowili japońscy członkowie IAESTE, którzy, naprawdę, za punkt honoru stawiajasobie zamienienie choćby kilku zdań ze studentami z innych krajów. Dzień wypełniony był więc opowieściami o naszych krajach, zachwytami nad wszystkim co japońskie oraz, w większości nieudanymi, próbami mówienia po japońsku.
Aby ułatwić zwiedzanie podzielono nas na mniejsze podgrupy i rozpoczął się dzień pełen wrażeń.
Pierwszy przystanek to świątynia Ankokuronji. Z tym, że do świątyni nie można wejść tak po prostu. Najpierw należy rytualnie oczyścić swoje ciało. A przynajmniej ręce i twarz, używając, specjalnie do tego celu przeznaczonych naczyń i źródlanej wody. Należy przy tym zachować odpowiednią kolejność wykonywanych czynności. Najpierw ręka prawa myje lewą, nigdy na odwrót, jeszcze bóstwo, któremu poświęcona jest świątynia, odebrałoby to jako afront i zamiast wysłuchać próśb o pomyślność, sprowadziło na nieszczęśnika wszystkie możliwe klęski.
 |
| Świątynia Ankokuronji. |
Po rytualnym obmyciu można wkroczyć do świątyni, a właściwie, do jej przedsionka. Dalej dostęp mają tylko nieliczni, większość wiernych pozostaje tuż przy wejściu i to tutaj właśnie należy się modlić. Chociaż modlitwa, to może złe określenie, bardziej adekwatnym byłaby prośba. Japończycy proszą swoich bogów o spełnienie życzeń, jednak bóstwa nie są bezinteresowne, żeby zostać wysłuchanym, należy okazać im szacunek i zapłacić.
Pieniądz rządzi światem, więc od niego zaczynamy. Opłata za życzenie wynosi 5 jenów i pobierana jest wyłącznie w monetach o tym nominale. Pięciojenówki to jedyne z japońskich monet, na których wartość zapisana jest w kanji, a sama moneta przynosi szczęście. Należy więc wrzucić ją do specjalnej skrzyni. Następnie uznajemy wyższość bóstwa nad sobą. Jesteśmy w Japonii, szacunek okazujemy poprzez ukłon, kłaniamy się więc dwa razy. Następnie należy dwa razy klasnąć w dłonie. Po co? Tego nie wiem, ale podejrzewam, że chodzi o wyrwanie danego bóstwa z drzemki, w razie, gdyby opieszałość w wykonywaniu poprzednich czynności je uśpiła. Po skupieniu na sobie uwagi mieszkańca światyni nalezy pomyśleć życzenie, Na koniec należy skłonić się jeszcze raz, by podziękować za wysłuchanie prośby i mieć nadzieję, że bóstwo okaże się łaskawe. Jednak to nie złota rybka, proszenie o szczęśliwe liczby w totolotku jest bezcelowe, uwierzcie, próbowałam.
Następnie mieliśmy okazję spróbować prawdziwej, japońskiej, zielonej herbaty. Takiej naprawdę zielonej. I bardzo mocnej. I gorzkiej. Z tym, że zielonej herbaty nie wolno słodzić, bo to by zniszczyło jej smak. Z drugiej strony jednak, nikt nie jest w stanie, tak po prostu jej wypić, więc do herbaty podaje się specjalne cukrowe kulki, które należy spożyć przed wypiciem herbaty aby zniwelować jej smak. Czy tylko ja nie rozumiem logiki tego postępowania? Chociaż może powinam, w końcu to polska umiejętność, by obejść reguły tak, by jednocześnie, oficjalnie się do nich stosować. Może w sposobie picia japońskiej herbaty też maczali palce Polacy?
 |
| Prawdziwie zielona herbata. |
Kolejnym punktem wycieczki był posąg Wielkiego Buddy (Daibutsu) czyli najsłynniejszy obiekt Kamaury. Kiedyś znajdował się on wewnątrz świątyni, ale została ona zniszczona przez tsunami. Posąg jednak ocalał i stoi obecnie na świeżym powietrzu ,a jego wnętrze można zwiedzać.
 |
| Wielki Budda. |
Do zwiedzenia pozostała już tylko Kaplica Hachimangu. Mieliśmy szczęście, bo w kaplicy akurat odbywał się ślub. Mogliśmy więc zobaczyć ceremonię oraz żmudny proces ubierania panny młodej w ślubne kimono, które jakkolwiek piękne i bogato zdobione by nie było do najwygodniejszych strojów nie należy. Panna młoda ledwo może się w nim swobodnie poruszać, nie ma mowy o zmianie decyzji w ostatniej chwili i ucieczce sprzed ołtarza.
 |
| Japońska Młoda Para. |
Na koniec zajrzeliśmy jeszcze na bazar, gdzie można było zakupić pamiątki i spróbować lokalnych przysmaków.
Czy wspominałam, że Kamakura położona jest tuż nad oceanem? Wobec tego, grzechem byłoby, będąc tak blisko, choć na chwilę nie zajrzeć na plażę. Wraz z kilkorgiem studentów, postanowiłam więc poszerzyć program wycieczki o zachód słońca nad oceanem. Wrażenia? Niezwykłe.
Pomimo, że nie jestem wielką fanką akwenów wodnych, bezmiar oceanu zrobił na mnie wrażenie. Plaża - mniejsze. Jeszcze w żadnym kraju nie spotkałam plaż równie pięknych jak w Polsce, z miękkim, żółtym piaskiem. W Japonii także nie, piasek jest szary, wulkaniczny, a plaża nie wygląda atrakcyjnie. Nawet jeśli braki te rekompensowane są przez naprawdę ciepłą wodę.
 |
| Nad oceanem. |
Mimo to, wieczór nad oceanem był idealnym dopełnieniem wycieczki. Szkoda tylko, że koszty podróży są zbyt wysokie, by można było w ten sposób spędzać chociaż weekendy.