poniedziałek, 23 lipca 2012

"Doch der Haifisch lebt im Wasser"


Czym byłby pobyt w Japoni bez skosztowania prawdziwego japońskiego sushi?
Zwłaszcza, że niedawno poznałam prawdziwą koneserkę tego dania.
W Tokio najlepsze sushi można dostać nas Tsukuijishijo, tuż koło targu rybnego, a targ ten, czyli Tsukuji Market, to jedno z miejsc w Tokio, które po prostu trzeba zobaczyć.
Targ najlepiej zwiedzać o 4 rano, kiedy to odbywają się aukcje tuńczyków. Niestety jest to prawie niemożliwe, ze względu na kompletny brak transportu nocnego w Tokio. Pierwsze pociągi wyruszają ok  5 rano, więc o ile ktoś nie chce nocować na stacji metra, dojazd na targ jest praktycznie niemożliwy.

Dygresja:
To kolejna zadziwiająca rzecz - w metropolii liczącej sobie ponad 30 mln mieszkańców, ostatnie pociągi odjeżdżają ok. północy,  następny kurs jest dopiero wczesnym rankiem. Można więc pomyśleć, że japończycy potrafią imprezować, w końcu jak się bawić to do samego rana. Nie w Tokio. Tutaj większość imprez kończy się przed północą, tak by możliwy był powrót do domu ostatnim pociągiem. Dla opieszałych pozostaje poczekać do rana w sklepie z mangą - te zawsze są otwarte i wielu japończyków tak właśnie spędza noce ,  siedząc w sklepie i czytając mangę.
Koniec dygresji.

My postanowiłyśmy pojechać na targ ok. 7 rano i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że o tej porze Tsukuiji Market jest zamknięty dla turystów. Po porannych aukcjach tuńczyków, dopiero ok 9.00 wpuszczane są grupy zwiedzających. 
Ale Polak potrafi, a dwie Polki tym bardziej :). Zwłaszcza wtedy, gdy obie wychodzą z złożenia, że jeżeli czegoś nie da się zrobić, to trzeba zrobić tak, żeby się dało.  W końcu nikt nie powiedział, że koniecznie musimy korzystać z wejścia od frontu.  Ale dość o łamaniu japońskiego prawa, wróćmy do ryb.
Tsukuiji Market
Na tym, oficjalnym tokijskim targu hurtowym, można dostać dosłownie wszystko. W hali piętrzą się olbrzymie tuńczyki, owoce morza wszelkiego rodzaju i do tego całe mnóstwo ryb, których nazw nawet nie znam.  Część ryb oprawiana jest na miejscu, część jest tylko wywożona na miejsce przeznaczenia w ogromnych skrzyniach.
Rybi oprawcy.
Aż trudno poruszać się w zatłoczonych alejkach, pełnych wciąż ociekających wodą ryb, wśród porannego pośpiechu i gwaru. 
Macki, macki wszędzie.
Po wizycie na targu, postanowiłyśmy skosztować sushi. Dla mnie było to pierwsze doświadczenie z surowymi rybami. I podobno, jeżeli choć raz spróbuje się prawdziwego sushi w Japonii, to już żadne inne nie będzie smakować równie dobrze. Czyżby pierwszy raz miał być zarazem ostatnim? Mam nadzieję, że nie, bo pomimo początkowego sceptycznego podejścia, muszę przyznać, że danie mi smakowało. Nawet jeśli, w przeciwieństwie do mojej znajomej, kompletnie nie odróżniam halibuta od makreli.

Maki i sashimi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz