Na lotnisku w Warszawie obyło się bez większych niespodzianek, ostatnie pożegnania, potem odprawa. Po chwili siedziałam już w samolocie do Wiednia. Pierwszy raz sama. Bez rodziców. Bez przyjaciół. Nie boje się latać, nigdy się nie bałam. Ale jednak , lecę sama. Nie, absolutnie niczego się nie boję, do Wiednia tylko 1,5 h lotu. I tak sobie powtarzałam, że przecież wszystko jest w porządku, aż do chwili, gdy samolotem po raz pierwszy zatrzęsło. Spokojnie, to tylko turbulencje. Tylko. Łatwo powiedzieć. Gdy samolot zaczął obniżać lot, mój niepokój tylko się wzmógł. Przecież lądować powinniśmy dopiero za 45 minut, jest za wcześnie, na pewno coś się stało. Rozbijemy się czy tylko zatrzymamy gdzieś na polu, między pszenicą a rzepakiem.?
I gdy już zrobiłam rachunek sumienia, a całe życie przeleciało mi przed oczami, usłyszałam "Herzlisch Willkommen in Wien".
Czyli jednak przeżyję.
Po prostu przylecieliśmy wcześniej.
W drodze do Wiednia.
Potem przesiadka na drugi samolot, już bezpośredni do Tokio. Większość pasażerów to Japończycy, do posiłku podano pałeczki, w samolotowym sklepiku wolnocłowym królują gadżety z Hello Kitty, powoli zaczyna robić się orientalnie.
Z dziewczyną która ma być moją przewodniczką po Japonii, mam się spotkać na stacji Nippori, odległej od lotniska Narita, na którym mam wylądować, o jakieś 75 min drogi. Drogi pociągiem, co przy prędkościach japońskich kolei daje ponad 300 km. Czemu nie na lotnisku? Czyżby IAESTE zamierzało poza zwiększeniem mojej wiedzy akademickiej także poprawić moją orientację w terenie i umiejętności organizacyjne? A może, wymaganiem wstępnym w ofercie praktyk, było zamiłowanie do survivalu, a ja po prostu to przeoczyłam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz