wtorek, 24 lipca 2012

"Riding on the Metro"


Nie mogę uwierzyć, że spędziłam w Tokio już dwa tygodnie.  Tyle się tutaj dzieje, kompletnie nie mam czasu na regularne pisanie notek na bloga. Praca, poznawanie nowych miejsc i nowych ludzi  pochłania mnóstwo czasu.  Nawet sen nie jest juz dłużej priorytetem, a jedynie  dobrem luksusowym. Zaczynam powoli rozumieć japończyków, którzy zawsze drzemią w metrze. Niestety dalej zagadką pozostaje, jakim cudem, nawet gdy śpią, wiedzą na której stacji wysiąść. Ale może  ta wiedza dostępna jest jedynie tubylcom, a cała reszta świata skazana jest na spędzanie w pociągu następnej godziny, po tym, jak kolejny raz przegapili stację.
Piszę następnej godziny, bo tutaj czas spędzany w metrze trudno liczyć inaczej. Jak na metropolię przystało, Tokio ma bardzo rozbudowaną sieć  komunikacji miejskiej więc znalezienie korzystnego połączenia nie jest trudne. Mimo wszystko ogromne odległości pomiędzy miejscami wartymi odwiedzenia sprawiają, że nawet najlepiej zaplanowana trasa , to co najmniej 45 min spędzone w pociągu. A wcześniej jeszcze trzeba trafić do centrum, co wcale nie jest takie oczywiste, zwłaszcza, gdy mieszka się jak ja, na kompletnym końcu świata. I ma do dyspozycji, co prawda tylko jedną linię metra, ale za to taką, która rozdziela się na sześć osobnych, o różnych stopniach przyspieszenia, oznakowanych różnymi kolorami. Tzn. jeżeli kolejne odcienie niebieskiego i żółtego można nazwać różnymi kolorami.  
Codziennie, już od rana, budzi się we mnie instynkt łowcy. Z niecierpliwością wypatruję pociągu, próbując już z daleka dostrzec jakiego koloru jest dana linia. Jeżeli jest błękitna, to uda mi się dotrzeć do pracy na czas, jeżeli kobaltowa, to nawet nie muszę się spieszyć, bo pociąg i tak nie zatrzyma się na mojej stacji, natomiast jeśli jest w odcieniu gołębim, to owszem, dojadę w porządane miejsce, ale o punktualności mogę tylko pomarzyć, lokalna linia porusza się z prędkością nie gołębia, a żółwia.
Jednak dostrzeżenie odpowiedniej tabliczki na wagonie wcale jeszcze nie gwarantuje powodzenia podróży. Co drugi pociąg ma kompletnie inną stację końcową.  Część na wydłużoną trasę o kilkanaście przystanków, część nagle skręca gdzieś w bok. Muszę więc pamiętać, czy mój przystanek  znajduje się na trasie danego pociągu, wystarczy chwila nieuwagi  i mogę znaleźć się zupełnie gdzieś indziej niż bym chciała. Aż dziwne, że do tej pory jeszcze nie mam w nocy  koszmarów z metrem w roli głównej, siatka połączeń jest poplątana, niczym pajęczyna.
Jestem więc w pociągu, oznakowanym odpowiednim kolorem, z odpowiednią stacją docelową, ale to wciąż nie koniec przygód. Tokijskie metro naprawdę dba o wysoki poziom adrenaliny u podróżnych. Otóż niektóre linie ze sobą się łaczą. Nawet jeśli próźno ich szukać w oficjalnym rozkładzie jazdy. I tak oto dojeżdzam do centrum, korzystając z pociągu, który jedzie kompletnie inną trasą niż powinien, bo w połowie drogi linia zmieniła się w inną, kompletnie innej firmy, o kompletnie innym kolorze i nazwie. Mocne wrażenia od samego rana. I jak tu nie kochać tokijskiego metra?

Bramki na jednej ze stacji.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz