Nie mogę uwierzyć,
że spędziłam w Tokio już dwa tygodnie.
Tyle się tutaj dzieje, kompletnie nie mam czasu na regularne pisanie
notek na bloga. Praca, poznawanie nowych miejsc i nowych ludzi pochłania mnóstwo czasu. Nawet sen nie jest juz dłużej priorytetem, a
jedynie dobrem luksusowym. Zaczynam
powoli rozumieć japończyków, którzy zawsze drzemią w metrze. Niestety dalej
zagadką pozostaje, jakim cudem, nawet gdy śpią, wiedzą na której stacji
wysiąść. Ale może ta wiedza dostępna
jest jedynie tubylcom, a cała reszta świata skazana jest na spędzanie w pociągu
następnej godziny, po tym, jak kolejny raz przegapili stację.
Piszę następnej
godziny, bo tutaj czas spędzany w metrze trudno liczyć inaczej. Jak na
metropolię przystało, Tokio ma bardzo rozbudowaną sieć komunikacji miejskiej więc znalezienie
korzystnego połączenia nie jest trudne. Mimo wszystko ogromne odległości
pomiędzy miejscami wartymi odwiedzenia sprawiają, że nawet najlepiej
zaplanowana trasa , to co najmniej 45 min spędzone w pociągu. A wcześniej
jeszcze trzeba trafić do centrum, co wcale nie jest takie oczywiste, zwłaszcza,
gdy mieszka się jak ja, na kompletnym końcu świata. I ma do dyspozycji, co
prawda tylko jedną linię metra, ale za to taką, która rozdziela się na sześć
osobnych, o różnych stopniach przyspieszenia, oznakowanych różnymi kolorami.
Tzn. jeżeli kolejne odcienie niebieskiego i żółtego można nazwać różnymi
kolorami.
Codziennie, już od
rana, budzi się we mnie instynkt łowcy. Z niecierpliwością wypatruję pociągu,
próbując już z daleka dostrzec jakiego koloru jest dana linia. Jeżeli jest
błękitna, to uda mi się dotrzeć do pracy na czas, jeżeli kobaltowa, to nawet
nie muszę się spieszyć, bo pociąg i tak nie zatrzyma się na mojej stacji,
natomiast jeśli jest w odcieniu gołębim, to owszem, dojadę w porządane miejsce,
ale o punktualności mogę tylko pomarzyć, lokalna linia porusza się z prędkością
nie gołębia, a żółwia.
Jednak dostrzeżenie
odpowiedniej tabliczki na wagonie wcale jeszcze nie gwarantuje powodzenia
podróży. Co drugi pociąg ma kompletnie inną stację końcową. Część na wydłużoną trasę o kilkanaście
przystanków, część nagle skręca gdzieś w bok. Muszę więc pamiętać, czy mój
przystanek znajduje się na trasie danego
pociągu, wystarczy chwila nieuwagi i
mogę znaleźć się zupełnie gdzieś indziej niż bym chciała. Aż dziwne, że do tej
pory jeszcze nie mam w nocy koszmarów z
metrem w roli głównej, siatka połączeń jest poplątana, niczym pajęczyna.
Jestem więc w
pociągu, oznakowanym odpowiednim kolorem, z odpowiednią stacją docelową, ale to
wciąż nie koniec przygód. Tokijskie metro naprawdę dba o wysoki poziom
adrenaliny u podróżnych. Otóż niektóre linie ze sobą się łaczą. Nawet jeśli
próźno ich szukać w oficjalnym rozkładzie jazdy. I tak oto dojeżdzam do
centrum, korzystając z pociągu, który jedzie kompletnie inną trasą niż
powinien, bo w połowie drogi linia zmieniła się w inną, kompletnie innej firmy,
o kompletnie innym kolorze i nazwie. Mocne wrażenia od samego rana. I jak tu
nie kochać tokijskiego metra?
| Bramki na jednej ze stacji. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz