Przygotowania wcale nie były łatwe. Najpierw nieśmiało spoglądałam w przepaść przede mną, zastanawiając się, czy podołam wyzwaniu.
Wciąż z niedowierzaniem patrzę na zaproszenie do Japonii leżące na biurku. Gdy zgłaszałam chęć uczestnictwa w praktykach IAESTE, nie marzyłam nawet , że uda mi się zdobyć ofertę do tak egzotycznego miejsca.
Gdy dowiedziałam się, że mogę jechać do Tokio, nie wahałam się ani chwili. Może, to jedyna taka szansa w życiu?
Potem ostrożnie badałam stopą grunt, czy nie jest zbyt grząski i umożliwia swobodne wybicie się.
Po potwierdzeniu zakwalifikowania na praktyki, pozostało już tylko pozałatwiać formalności w kraju. Tylko?
Łatwo powiedzieć, sam wybór biletu na lot, który nie wymagałby spędzenie ode mnie doby na różnych lotniskach, a jego koszt mieściłby się w granicach rozsądku wymagał wiele zachodu. A to był dopiero początek.
Nawiązałam też pierwszy kontakty z Japończykami. Drogą elektroniczną. Ale już czytając te meile mogłam poczuć charakterystyczny klimat Japonii. Prawie jakbym stała się bohaterką anime (zauważyliście, że w anime większość Japonek nie mówi, a krzyczy? W rzeczywistości chyba też tak jest, nawet meile pełne są wykrzykników, jakby ich autorka podchodziła z niegasnącym entuzjazmem do wszystkiego, nawet picia herbaty.)
Aż przyszedł czas by wziąć głęboki oddech, zamknąć oczy, i zrobić krok do przodu, by lecieć na spotkanie przygody.
Podobno praktyki z IAESTE są niezapomniane. Wakacje życia. Już nie mogę się doczekać, by osobiście się o tym przekonać.
Ale najpierw trzeba się spakować. I pamiętać zabrać ze sobą paszport. I postarać nie spóźnić się na samolot.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz