Nie samą pracą
student żyje, szczególnie gdy jest w Tokio.
Dwa dni temu,
wybrałam się wraz z kilkoma
studentami IAESTE do Roppongi w
poszukiwaniu rozrywki. Roppongi to muzyczne i klubowe centrum Tokio, każdy kto chce się dobrze bawić, znajdzie tu
coś dla siebie. Nawet jeśli nie ma sprecyzowanego pomysłu na spędzenie
wieczoru. Wystarczy przejść się główna ulicą, a propozycje pojawią się
samoistnie, za pomocy naganiaczy, mających za zadanie sprowadzić do klubu jak największą liczbę
ludzi i przy okazji, zmotywować ich, do wydania w klubie, możliwie największej
kwoty.
My, jako studenci,
na nadmiar gotówki nie cierpieliśmy, więc o wyborze decydowały nie piękne
słowa, a opłata za wstęp do klubu, a właściwie jej brak. Trafiliśmy więc do
jednego z popularniejszych miejsc w Tokio. Naprawdę zatłoczonego klubu.
Chwilami czułam się jak na koncercie rockowym, tyle razy ktoś nadepnął mi na
stopę. Z tą różnicą, że na koncerty zwykłam zakładać glany, a nie szpilki. Ale muzyka była dobra, towarzystwo również,
bawiliśmy się świetnie, kto by się przejmował zmiażdżonym palcem. Lub dwoma.
Wyjście zaliczam
więc do tych udanych, jednak, mimo wszystko, obyło się bez fajerwerków.
Fajerwerki były
dopiero później. Konkretnie wczoraj, na
Sumida River Fireworks Festival. Jest to największy pokaz fajerwerków w Tokio,
przyciągający tysiące zainteresowanych.
Japończycy naprawdę
lubią fajerwerki. Po raz pierwszy od chwili gdy tu przyjechałam, widziałam
emocje na ich twarzach, śmiali się, bili brawo, naprawdę przeżywali każdy
kolejny wystrzał.
Sam festiwal był jak
jeden wielki piknik. Tłumy turystów i japończyków ubranych w tradycyjne jukaty
zajmowały każdy centymetr wolnego miejsca nad brzegiem rzeki, już od południa
oczekując na pokaz. A warto było czekać. Wieczorem niebo wypełniły, układające się w coraz to bardziej fantazyjne
wzory, wielokolorowe iskry, a wszędzie słychać było huk wystrzałów.
Trwajace półtorej
godziny show było niesamowite. Nawet jeśli było to tylko fajerwerki. A może aż?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz