niedziela, 2 września 2012

"Nothing on earth stays forever
But none of your deeds were in vain "

Kiedy minęły dwa miesiące? Nawet nie zdążyłam dobrze przyzwyczaić do japońskich warunków, a tu już ostatni tydzień i wizja szybkiego powrotu do Polski, do rzeczywistości. Przez kilka ostatnich dni towarzyszyło mi uczucie, że wszystko tutaj robię po raz ostatni, w związku z czym muszę maksymalnie wykorzystać pozostały mi czas. I właśnie to starałam się robić.

Ostatni weekend w Japonii spędziłam bardzo intensywnie. W sobotę wzięłam udział w jednym z ostatnich tego lata wydarzeń IAESTE - dniu kultury japońskiej.
Całe popołudnie spędziłam z japońskimi oraz europejskimi studentami, próbując nauczyć się kaligrafii (co wcale nie jest łatwe, gdy jest się leworęcznym, a pisać należy pędzelkiem ), własnoręcznie robiąc japońskie wachlarze i sushi. Wieczorem przyszedł czas na rejs po zatoce tokijskiej. Dwie godziny spędzone na statku z widokiem na pięknie oświetlony Rainbow Bridge i ostatnia całonocna impreza w centrum były pierwszym krokiem do pożegnania z Japonią.

Komu wachlarz, komu?
W niedzielę wybrałam się na ostatnie dla mnie festiwale w Tokio. Pierwszy z nich był taneczny. Tradycyjne japońskie tańce, artyści ubrani w bajecznie kolorowe stroje , tłumy na ulicach.
Drugim był festiwal na Roppongi, gdzie można było spróbować specjałow z różnych regionów Japonii. To pierwszy raz, kiedy byłam na wzgórzach Roppongi w ciągu dnia, nie tylko w nocy. I było warto, bo znajomi zaprowadzili mnie do obserwatorium, gdzie, po raz ostatni mogłam podziwiać panoramę Tokio. I po raz pierwszy zobaczyłam górę Fuji, symbol tego pięknego kraju. Podobno miałam szczęście, bo zachód słońca z widokiem na Fuji nie zdaża się często.

Fuji o zachodzie słońca.
Następnego dnia przyszła pora na ostatnią wizytę na Tsukiji Market i ostatnie prawdziwie japońskie sushi.

Resztę dni poświęciłam na zakup pamiątek, pożegnania i podsumowanie pobytu.

Spędziłam w Tokio dwa miesiące. Odwiedziłam wiele interesujących miejsc, zapoznałam sie z japońską kuturą, tak całkowicie odmienną od naszej, europejskiej. Poznałam wspaniałych ludzi, za którymi już zaczynam tęsknić, a przecież nawet jeszcze na dobre nie zadomowiłam się z powrotem w Polsce.

Jak bardzo będzie mi ich brakować, uświadomiły mi dwa ostatnie wieczory w Tokio. Pierwszy z nich spędziłam z Polakami, więc wizja rozstania nie była taka straszna, w końcu mieszkamy w jednym kraju, zawsze mozemy się odwiedzić. Nasz japoński kolega także obiecał w przyszłym roku przyjechać do Polski.

Drugi wieczór był międzynarodowy, z europejczykami. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że to naprawdę koniec, a następnego dnia muszę wsiąść w samolot i wrócić do kraju.

Jeszcze tylko ostatnie uściski, pożegnania, obietnice rychłego zobaczenia i zanim się obejrzałam byłam na lotnisku .

A podczas odlotu, jak to w Tokio, oczywiście padał deszcz. I jak tu nie kochać tego kraju?


Edit 1:

W związku z tym, że już zaczynam tęsknić, ogłaszam wrzesień miesiącem japońskich wspomnień.

Jest jeszcze tyle miejsc, które odwiedziłam, a o których nawet nie miałam czasu napisać. Przez kilka kolejnych tygodni pozostaniemy więc w orientalnym klimacie. Bedzie to chociaż namiastka tych niesamowitych dwóch miesięcy, jakie spędziłam w kraju kwitnącej wiśni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz